poniedziałek, 18 maja 2020

Subito santo

Subito santo
Byłam 10-letnią dziewczynką i jeszcze nie miałam pojęcia, że stoję przy Świętym, że właśnie przyjęłam komunię z Jego rąk.
Ale i tak byłam przeszczęśliwa, że się tam znalazłam. I jako dziecko, nie analizująca istota, zwyczajnie czułam bijące od Niego dziwne ciepło.
Do dziś pamiętam, jak emanującą ciepłem prawą dłonią pogładził mnie po lewym policzku.
Mama płakała ze wzruszenia i szczęścia, a ja starałam się zapamiętać tę chwilę na dorosłe lata.
Dzisiaj próbuję, choć z wieloma porażkami, żyć nie tylko tym wspomnieniem, ale też słowami Jana Pawła II.
"Wymagajcie od siebie choćby inni od was nie wymagali"
"Wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy."
"Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj"
"Nie potrafi przebaczać innym, kto sam nie zaznał przebaczenia."
~~ Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę. ~~



poniedziałek, 4 maja 2020

Największa sztuka - być dynamitem, a nie wybuchać.

Największa sztuka - być dynamitem, a nie wybuchać.
- Ale bym potańczyła...! - Słuchając rytmicznej piosenki Domagały.
- Jak ty czujesz rytm... Ładnie podrygujesz. - Mama odpowiada widząc moje minimalne, choć wyczerpujące ruchy.
- Ciekawe jak bym tańczyła, no nie?
- Ciebie nikt by nie ujarzmił.

* * *

Sama czuję, że jestem jak dynamit.
Robię kilka rzeczy naraz mimo, że ruszam tylko palcami i to bynajmniej nie jak Martha Argerich - swego czasu słynna pianistka. Choć mamy też coś wspólnego. Jak piszą: brzydziła się konformizmem i lenistwem. 
A propos.

Robię wszystko szybko i dużo, mówię szybko i działam szybko, szybko myślę i szybko reaguję.
...A ze względu na chorobę i częstokroć brak możliwości podjęcia spontanicznej inicjatywy jestem zmuszona, by każdy szczegół codzienności skrupulatnie zaplanować.
Od rana do wieczora intuicyjnie tworzę w głowie plan działania, czasem dosłownie minuta po minucie. Tym bardziej, że - już pomijając chorobę - mam lekką manię na punkcie marnowania czasu.
Często czuję, że jestem przebodźcowana i muszę zwolnić na pół dnia, bo tracę dobry nastrój i siły fizyczne. Następnego ranka znów wracam do swojego rytmu, nakładam na siebie więcej obowiązków. Ciągle muszę być... w ruchu. Denerwuję się, gdy jestem zmuszona do nudy - na przykład podczas długiej jazdy samochodem, w którym ani nie utrzymam telefonu, ani nie poobserwuję, co się dzieje na drodze z powodu pozycji ciała. Albo gdy ręka już po prostu mdleje od klikania.
Nie mogę nic nie robić, to mnie męczy. Nie znoszę bezruchu, jestem zaangażowana w różne sprawy. Gdy jedna odpada, biorę następną. Nawet, gdy oglądam film muszę trzymać telefon w ręku, bo inaczej trudno mi się skupić wyłącznie na patrzeniu w ekran :) Ewentualnie podczas oglądania jem, co w moim przypadku jest dodatkową, dłuższą czynnością, a nie mimochodem. Muszę wykonywać dwie czynności naraz, żeby koncentracja była możliwa. 
Jestem bardzo emocjonalna, co często mnie gubiło, a czasem pomagało doprowadzić trudną sprawę do końca.
Podczas jakiejś poważnej rozmowy z przyjacielem, gdy mówiłam z zaciętością choć totalnym spokojem o trudnej sprawie i o tym, co muszę zrobić, żeby w niej przeżyć, spuentował patrząc na mnie z tajemniczym uśmieszkiem:
- Boję się co by było, gdybyś mogła chodzić... Byłabyś dowódcą jakiejś mafii.

Nie... Ale na pewno byłabym bardzo daleko stąd.
Tylko, że gdybym nie była tym, kim jestem i byłabym nie tu, gdzie jestem, to nie poznałabym tych ludzi, którzy powinni być w moim życiu...
Ale ja nie o tym!
...Tak właśnie wygląda  zabawa moich synaps. Próbują się dogonić, jednak wciąż jedna łapie za ręce nie tę, co trzeba. Wieczny chaos. Tysiąc ścieżek naraz.
.
Tak samo jest, gdy termometr wreszcie wskazuje 20+ i siadam na elektryczny. Wybiegam przed siebie i nie wiem, w którą stronę skręcić najpierw. Chcę i tu, i tu, i tam.
Bo tak rzadko wychodzę. Jeszcze rzadziej samodzielnie.

Przy tym wszystkim jestem żenująco nostalgiczna, melancholijna i sentymentalna. Takich słucham piosenek i to chyba widać w moich wpisach. Bardzo mało mówię, dużo więcej we własnej głowie. (Czy to już schizofrenia?)
Równowaga sama się zachowuje.
Ale gdy tylko usłyszę szybszy rytm całe słabe ciało wyrywa się do niego.
Ciągle musi się coś dziać, niekoniecznie z fanfarami. To nie musi być lot balonem, skok na bungee, czy nieustanne podróże - choć tak byłoby cudownie.
Ale musi dziać się "za oczami". Bez stagnacji, spowolnienia i ograniczeń.

Muszę czuć życie w żyłach. 
Kocham życie!
ACZkolwiek tak bardzo okrojone.

Rollercoaster w duszy!

* * *

Piszę o tym, jaka jestem... wybuchowa. Jak dużo mam energii i zapału. 
Jak bardzo lubię adrenalinę, akcję i tempo. Zadania i działania.

A gdy wkrótce - mam nadzieję, że wkrótce - będzie można już wyjść do ludzi...
pójdę lub pojadę. 
Usiądę w swoim wózeczku. 
W bezruchu. 
Postawię (czyt. postawią mi) nogi na podnóżku. 
Ręce położę na podłokietnikach. 
Głowę oprę o zagłówek. 
Czasem postaram się sama ją utrzymać udając Herkulesa. 
Czasem poleci mi do tylu z siłą odrzutowca. 
Obrócę ją o centymetr w prawo ciesząc się ze swojej dynamiki. 
Mama poprawi szesnasty raz rękę. 
Czy nogę. 
Ja spojrzę skrępowanym wzrokiem... 
i zastygnę jak mimoza. 

A przynajmniej wszyscy dookoła tak będą myśleć. I będą sobie myśleć: co ona wypisuje... Próbuje stworzyć inny obraz siebie, biedactwo. Wydaje jej się, że jest kimś innym, bo chce być kimś innym. 

A ja nie chcę być kimś innym, bo wiem kim jestem i jaka jestem. Jaka jestem bez tego opakowania. 
A ja wiem, że mojej duszy dostało się nie to ciało. 

No, chyba, że w poprzednim wcieleniu byłam mordercą i to ciało mi się należało. ;)



poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Żeby było normalnie

Żeby było normalnie
⛪️🌅 Alleluja! W tym dziwnym - nie normalnym - czasie przyszedł naprawdę czas na Nowe. 
Wszystkim, którzy złożyli mi życzenia i całej Reszcie, ja również z serca składam - poniżej tego postu 💙💚💛
Żeby nadać pozytywny rys otaczającej rzeczywistości zaczęło się mówić, że to właśnie teraz świat wrócił do normalnego stanu. Że wcześniej ludzie odwrócili go do góry nogami. Zbyt wykorzystali. Żyliśmy za szybko, za dużo, za bardzo. Nagle wszystko, co się działo, czym żyliśmy, czym się cieszyliśmy, co doskonaliliśmy stało się złe, wstrętne i podłe. Wszyscy dostają zbiorowego olśnienia.
A w rzeczywistości zmieniło się to, że zamiast pracować ludzie tracą pracę. Zamiast zabrać babcię do kawiarni na szarlotkę zostawiamy jej zakupy pod drzwiami. Zamiast usiąść na ławce w parku siadamy na balkonie rozmawiając z sąsiadem przez kratki. Zamiast po długiej rozłące złapać przyjaciela za rękę zamykamy granice. Zamiast tworzyć więzi w realu prowadzimy wirtualne znajomości. Zamiast uczestniczyć we mszy w kościele oglądamy transmisje w necie. Zamiast słyszeć gwar rodzinnych, świątecznych rozmów słyszymy kolejne newsy płynące z TV. Zamiast eksplorować świat, który przecież po to jest nam dany kisimy się we własnym, już bardzo nieświeżym sosie.
Naprawdę to jest normalność? Wreszcie jest tak, jak powinno być? Czy, gdy to wszystko się skończy będziemy tęsknić za stagnacją?
Człowiekowi zostały ofiarowane tak potężne narzędzia jak umysł i mięśnie nie po to, by godzinami leżeć na trawie i przyglądać się mrówkom. Nie po to, żeby 7 godzin dziennie oglądać Netflixa. Ci, którzy chcą zawsze znajdą usprawiedliwienie dla swojego lenistwa, dorobią do niego fantastyczną ideologię. I zawsze to robili. Ale cała reszta globalnej ludzkości doprowadziła do tego, że wyszliśmy z lepianek, że odkrywamy kosmos, korzystamy z mediów, Internetu i telefonów. Że mamy lekarstwa i szczepionki, by nadal zasiedlać tę kulę ziemską. Gdybyśmy zwolnili tempo do dziś mieszkalibyśmy w jaskiniach.
Jesteśmy Homo Sapiens, a to oznacza rozwój. Rozwój, to czas, tempo, proces. Zawsze tak było i zawsze będzie.
Zawsze też każdy decydował o tym, jakim tempem chce żyć. I nawet w czasach powozów konnych żyli tacy, którzy poświęcając swoje życie komuś lub czemuś ważnemu narzekali na brak czasu.
Czasy nie są złe.
Każdy czas ma swój czas. I do czego innego jest przeznaczony.
Dlatego ja dziś życzę nam wszystkim, żebyśmy doczekali czasu, gdy jeszcze będzie przepięknie.
Gdy jeszcze będzie normalnie.
Normalnie na miarę naszych czasów.
Najlepiej - czekając na tę normalność z Chrystusem. ✝️
I nadziei, że każdy jakiś nasz koniec będzie tak dobry, jak Jego 


poniedziałek, 30 marca 2020

5. Nie zabijaj

5. Nie zabijaj
Ja też tęsknię za słońcem na twarzy.  Powietrzem we włosach. Zielenią w oczach. Za normalnością.
Wiem, że wszyscy mamy już dość tego tematu. Mi nawet nie chce się już myśleć o tym, żeby o tym nie mówić, ani nie chce mi się nawet mówić o tym, żeby o tym nie myśleć. 
Ale spróbujmy zobaczyć, jak to wygląda od mojej strony. Z perspektywy całych zagrożonych rodzin. 

Niektórzy z nas, Polaków, niczym się nie przejmują. Są młodzi i zdrowi  - albo starsi i zdrowi - i chce im się żyć, wychodzić. Czują w sobie tak dużo energii i sił fizycznych, że do świadomości nie jest w stanie dotrzeć myśl, że Z DNIA NA DZIEŃ wirus może zablokować swobodny przepływ powietrza do płuc. Może zawładnąć rękoma i nogami, przygnieść je, zablokować. Że wirus naprawdę może na kilka tygodni zamienić życie w wegetację, i to jest optymistyczna wersja.
W Radomiu umarł 43-letni mężczyzna. W Poznaniu 37-letnia kobieta. W obydwu przypadkach bezpośrednią przyczyną zgonu był koronawirus. Żadnych dodatkowych chorób. 
Wiek i kondycja fizyczna nie mają znaczenia. Można szacować prawdopodobieństwo wyleczenia biorąc pod uwagę jakieś czynniki, ale jak widać, tak naprawdę to jest loteria. 

Piszę o tym, bo uderzyła mnie antyanalogia dwóch skrajnie różnych światów, które egzystują tuż przy sobie, ramię w ramię. 
Z jednej strony ci, którzy totalnie się nie przejmują jakąś "grypą". Robią to, co robili do tej pory tylko trochę bardziej wkurzeni, że wszystko idzie trudniej i dłużej bo "ci wariaci przesadzają, wszystko pozamykali", ewentualnie pośredniej grupy, która nie bagatelizuje, ale potrafi się uspokoić: "prognozy nie są tak bardzo dramatyczne, Polska z tego wyjdzie, gdy zachoruę są duże szansę, że po hospitalizacji wyzdrowieję".
I drugi świat - świat SMA. Tutaj może wydarzyć się realny dramat. 

Pomijam fakt, że większość z nas boi się o siebie z wiadomych względów. Niektórzy, jak ja, są pod respiratorem, co w sumie może (?) być jednak in plus. Inni mają respiratory nieinwazyjne, co jest pomocne, ale oznacza już słabsze mięśnie oddechowe. Jeszcze inni nie mają żadnego sprzętu, bo oddechowo dobrze sobie radzą, ale jakieś sygnały już się pojawiły. Generalnie ludzie z SMA, czy innymi zanikami mięśni, są znacznie słabsi oddechowo od zdrowych. 
Jeśli boję się o siebie to bardziej tego, że kolejny pobyt w szpitalu, a mam ich za sobą sporo, zabierze mi resztki sił. Czy boję się śmierci? Pewnie jak każdy. Ale jeśli zdarzy mi się to złapać, będę się modlić, by wirus raczej mnie zabił, niż pozostawił bez możliwości ruszania dłońmi, choćby w tak minimalnym zakresie jak teraz.

Gdy ktoś mnie pyta, czy się boję ma na myśli mój strach o siebie. A kiedy mówię, że bardziej boję się o rodziców, to słyszę "widzisz, nie pomyślałem o tym. Nie jestem w Twojej codzienności, nie myślę tak praktycznie".

Wyobraźmy sobie, co by się stało ze mną gdyby rodzice musieli choćby pójść do szpitala na czas kwrantanny. Pomijam inne scenariusze. Tylko kwarantanna. Oboje. 
Niektórzy powiedzą: "No, jak to? Masz rodzinę, brata, tyłu przyjaciół, znajomych". 
Hmmm. Oczywiście. Do rozmowy, załatwienia czegoś na mieście i do "bycia" na odległość mam ich całe mnóstwo. Tylko kto z nich potrafi mnie odessać, posadzić na wózek, przekręcić w nocy? Umieć, to jedno. Kto chce to robić? Nigdy nie znalazłam się w takiej sytuacji więc właściwie może się mylę. Może ktoś by chciał się tego nauczyć. 
Ale ja, to ja. Nie jestem w najgorszym stanie, MOŻE jakoś, z czyjąś pomocą przeszłabym przez to piekło. 
Jednak są wśród nas dzieci, ludzie dorośli - zaznaczmy: w pełni sprawni umysłowo, świadomi - z rurką w szyi, z PEG-iem w żołądku, bez możliwości mówienia. 
Co czują dziś ci rodzice, bojąc się naturalnie o swoje dziecko, a ponadto o siebie ze względu na dziecko? Z kim je zostawią, jeśli będą musieli pójść do szpitala? Rodzice dzieci z SMA mówią to samo, co ja: "nie mamy nikogo kto nam pomoże/zajmie się Antkiem w razie zarażenia".

Mam nadzieję, że piszę ten post na wyrost i nikogo z nas nie spotka tak skrajna sytuacja. 
Ale może ten tekst przekona tych silnych fizycznie i psychicznie do podjęcia tego okrutnego cierpienia jakim jest siedzenie w domu bez absolutnej potrzeby wyjścia. Bo możesz mieć nawet rację, że nie zachorujesz, albo że łagodnie. Możesz myśleć, że przecież nie masz w otoczeniu żadnej chorej osoby i nawet takiej nie znasz, a Asia mieszka daleko.
Ale możesz zarazić zdrową osobę, która zarazi zdrową osobę, która zarazi kolejną, potencjalnie zdrową osobę, która spotka się z rodzicem chorej osoby. 
Twoje wyjście może nawet zniszczyć komuś życie. 

Dbajmy o siebie i o innych. 
Pozostańcie w zdrowiu. 

czwartek, 19 marca 2020

Bo miłość kobiety może zmienić świat

Bo miłość kobiety może zmienić świat

Jak tam, Zadomowieni?  Chata lśni? Lekcje odrobione? Koronaświrus ujarzmiony w głowie?  No, a ja, w ten czas nawoływania o pozostanie w domach... wyszłam. Ja, znajdująca się w grupie "podwyższonego ryzyka"! Zawsze lubiłam dreszczyk adrenaliny 
Ale proszę, bez krzyków! Tylko na półtorej godziny i nie w skupisko ludzi. I właściwie było to na samym początku tego koronowego szaleństwa.

Ponad pół roku temu miałam zaszczyt poprowadzić spotkanie dla kobiet z grupy "Kobiece Serce", a kilka dni temu te wspaniale kobiety zaproponowały mi dołączenie do nich i wzięcie udziału w pewnym projekcie.
Pojechałyśmy do profesjonalnego studia nagraniowego. W niewielkim pomieszczeniu znajdowało się mnóstwo głośników, różne rodzaje dziwnych mikrofonów, dziesiątki kabli wiły się po podłodze. W słuchawkach słyszałam swój głos i każdy najmniejszy szmer. Reszta otoczenia była przytłumiona,a przede mną stał pulpit z moim tekstem. Miałam to przeczytać po swojemu. Ze swoim flow, swoimi emocjami.
Temat był bardzo trudny, a ja czułam się dość niezręcznie stojąc przed mikrofonem ze słuchawkami na głowie i mówiąc tak intymne rzeczy w obecności również dwóch facetów  Ale cała zabawa bardzo mi się podobała  Nagrywałam się dwa razy, bo ja - kobieta Wyjątkowa! (to ironia, a nie samozachwyt) miałam przy sobie moje nieodzowne przeszkadzajki - szum respiratora, puchanie z rurki, tłoczenie powietrza... To wszystko ściągał mikrofon podczas mojego mówienia. Powtórzyliśmy nagranie drugi raz, było ciut lepiej, bo starałam się dopasować rytm wdechów i wydechów Karata do moich wypowiadanych zdań, co naprawdę nie jest łatwe, ale... i tak ta część zostanie rozpoznana przez słuchaczy  Jednak realizator dźwięku chyba stwierdził, że lepiej nie będzie i daliśmy sobie spokój z udoskonalaniem 
Wszystkie miałyśmy przy tym dużo frajdy 
A tym trudnym tematem była miłość.
Miłości/kobiety:

Obecnej
Bezinteresownej
Czystej
Wytrwałej
Cierpliwej
Czułej
Odpowiedzialnej
Dozgonnej
Uzdrawiającej
Wiernej
Uważnej
Mężnej
Wybaczającej
Niewinnej

Każda z nas miała przypisany jeden przymiot i na podstawie swoich doświadczeń, myśli, emocji mówiła o miłości w kontekście tego przymiotu. Zgadnijcie jaki miałam ja? W życiu nie zgadniecie. Gdybym miała sama sobie go wybrać, to byłaby nim...
Nie, nie "Niewinna"  Nie "Czysta". Nie - jak mogłyby się ze mną kojarzyć "Uzdrawiająca"  Nawet nie "Wybaczająca", choć bardzo blisko.
Moim przymiotem byłaby "Wytrwała".
I teraz zaczyna się najtrudniejsza część postu. Uzasadnienie.

Ogólnie mam w sobie dużo determinacji na każdym polu. Jestem jej nauczona może przez to, że musiałam wiele razy po prostu przetrwać. Nawet bez CoVid moje płuca wielokrotnie obumierały. Jak obumiera miłość w każdej relacji na jakimś etapie. Musiałam walczyć o oddech, o podniesienie się, o chęć bycia. Doświadczałam łez, bólu duszy, nieprzespanych nocy i niekończących się myśli rezygnacyjnych. Czyli tego wszystkiego, czym również bywa miłość. A ponieważ miłość jest dla mnie znacznie ważniejsza od zdrowia i od SMA, od wózka i respiratora, to tym bardziej potrafiłam o nią walczyć. Dzień po dniu, mimo nieustannego niespełnienia, zawiedzionych nadziei i bezsensownego oczekiwania. I czekania. Czy warto czekać? Nie zawsze okazuje się, że tak. Ale odkryłam w sobie tę umiejętność.
Wytrwałość w walce o miłość mojego życia.

Czasami nie ma znaczenia, czy osoba, którą kochamy, będzie z nami, czy nie, ale nadal decydujemy się kochać całym sercem. Nawet, jeżeli nie zawsze chciałabym być w tym wytrwała, to taka jestem. To poznałam.

Zastanawiałam się czy umieścić tutaj moje krótkie 4 minuty, ale choć nagranie niedługie, to jego intensywność bardzo wysoka. To co mówiłam jest mocne nawet dla mnie, więc myślę, że Facebook to niezbyt odpowiednie miejsce do takiego negliżu.

Ale szansę na wysłuchanie nas wszystkich będą mieć... radomscy więźniowie  Nasza "prelekcja" o miłości pójdzie do tych, którzy jej nie znają, albo o niej zapomnieli.

"Bo miłość kobiety może zmienić świat"
A.CZ.


wtorek, 10 marca 2020

Pragnij właściwie

Pragnij właściwie

Drodzy Panowie, przedwczoraj wielokrotnie wykazaliście się klasą. Doceniliście kobiety nie dlatego, że tak sugerował Dzień Kobiet, ale przez szacunek do nas. Ilość składanych życzeń prywatnie i tych, które widziałam na ogólnym Facebooku była zaskakująco duża. Dobrze świadczy o Was to, że zauważacie jak wiele wnosimy do świata i jak bardzo zimny, cyniczny i wyrachowany by on był bez płci pięknej. Pięknej, nie słabej. Cieszy nas Wasze docenienie naszej siły charakteru, wytrzymałości na ból, odwagi i heroizmu do walki o Was, o dzieci, o rodzinę, o dom, o miłość, o przyjaźń. Dziękujemy!
Złożyliście wczoraj wiele życzeń, a dziś ja chcę Wam życzyć, byście potrafili współtworzyć z nami codzienność.
Życzę Wam świadomości, że bawienie się naszymi uczuciami i wykorzystywanie ich do własnych celów jest Waszym upokorzeniem, a nie inteligencją. Życzę, byście potrafili milczeć wtedy, kiedy trzeba i byście byli dla nas tajemnicą do odkrycia. Byście byli odkryciem najszczerszego złota, a nie podróbki.
Życzę na koniec, żebyście potrafili po prostu szczerze cieszyć się nami 
Kobieto Droga - wiesz, jaka jesteś. Czasami zbyt się starasz. Za bardzo chcesz. Uginasz się od nadmiaru "must to do". Nie chodzi o to, żebyś koniecznie tego zaprzestała, ale żebyś właściwie na to spojrzała. Nie musisz się zarzynać, żeby cokolwiek komukolwiek udowodnić. Nie musisz nic udowadniać. Masz prawo do swojego zdania, emocji i przeżyć. Masz prawo być dumna z siebie, czy to się komuś podoba, czy nie. Masz prawo płakać i chcieć. Masz prawo śmiać się i być szczęśliwą nie od wielkiego dzwonu.
Ponad wszystko masz prawo się mylić i zaczynać od nowa.
Życzę Ci więc uzyskania świadomości tego wszystkiego i wykorzystywania tego na co dzień. Życzę, by otaczali Cię mężczyźni, a nie samce. Byś pragnęła partnera, a nie pana. Życzę, żebyś pamiętała o tym, że mieszka w Tobie wartościowa kobieta, niezależnie co usłyszysz od świata. Życzę świadomości, że Twoje błędy nie wpływają na Twoją wartość.
Życzę wypełnienia Twoich potrzeb. A czego potrzebuje każda kobieta?
Miłości.
Czułości.
Przytulenia.
Zrozumienia
Ciepłego spojrzenia w oczy.
I szacunku - samej do siebie 

piątek, 21 lutego 2020

"Przeszłam przez kąpiel z ognia. Jak wybornie wzmacnia ogień"

"Przeszłam przez kąpiel z ognia. Jak wybornie wzmacnia ogień"
Fundacja SMA - jedna z najlepiej, najszybciej i najbardziej ekspansywnie rozwijających się fundacji w Polsce zapoczątkowała rozwojowo-wspierający cykl: "Co dzisiaj powiedział(a)bym sobie samej z przeszłości, z momentu tuż po diagnozie? Jakie przesłanie mam dla siebie z przeszłości? Co chce powiedzieć nowo zdiagnozowanym Rodzinom?"
Doświadczone, mądre życiowo, refleksyjne mamy dzieci chorych na Rdzeniowy Zanik Mięśni opisują krótko swoje odczucia z "wtedy" i "teraz". Charakterystyczne dla wypowiedzi są niezwykle emocjonalne myśli dotyczące życia dziecka w ogóle. Można je zawrzeć w licznych, naturalnych pytaniach atakujących głowę: Czy da radę, czy przeżyje? Czy złapie kolejny oddech, czy wyjdzie z zapalenia płuc, ile lat będzie nam dane...? Czy ziszczą się prognozy lekarzy ogłaszające wyrok 2 lat życia? A może jest nadzieja na więcej...? Jak sobie poradzimy z tak ciężką chorobą... Dziecko będzie cierpieć, a nam serce pękać. Jak z tym potworem żyć? 
Co to za życie...?

Dziękuję Bogu, że nie jestem rodzicem chorego dziecka. Stąd też mogę sobie jedynie wyobrażać tę wszechogarniającą rozpacz. Krzyki i fontannę łez miotającą spazmatycznie ciało. Mogę wyłącznie na poziomie intelektualnym, nie emocjonalnym, zrozumieć mechanizmy obronne: zaprzeczenie, ucieczkę, izolację. Nie wiem jak to jest przez 9 miesięcy cieszyć się nowym życiem, cząstką siebie, by następnie wpaść w otchłań piekła. 

Dlatego mogę się wypowiadać tylko z perspektywy tego dziecka, które patrzy wokoło zadziwione światem i jeszcze nie ma zielonego pojęcia, ile będzie musiało stoczyć bitew, żeby w końcu się w nim odnaleźć. 
Wszyscy skupiają się na jego chorobie, bo w tym momencie najważniejsze jest, żeby w ogóle przeżyło. Przełknęło z trudem łyk mleka. Nie zachłysnęło się śliną. Wciągnęło powietrze tak głęboko, jak jest w stanie. 

W tamtym czasie nie myśli się o wszystkich pozostałych aspektach życia chorego fizycznie dziecka. 
Dopiero to dziecko wkracza samodzielnie i samotnie na drogę swoich emocji, pragnień, marzeń i wielokierunkowego rozwoju. Wraz z chorobą i mimo niej. Pokonując trudy życia, edukacji, kontaktów społecznych, rozterek duchowych, zmian fizycznych uczy się w końcu kochać, cierpieć i przebaczać.

To dziecko z SMA, które zmaga się ze wszystkimi zadaniami, jakie przed każdym młodym człowiekiem  stawia kolejny etap życia w końcu spotyka w swojej dorosłej przestrzeni innego człowieka, któremu kiedyś urodziło się... dziecko. 
Dziecko finalnie absolutnie zdrowe, jednak w tamtym momencie przez chwilę jego życie było zagrożone.  30 sekund nie oddychało. Zaległa martwa cisza. Oczekiwanie w napięciu sięgające zenitu. Błagalne modlitwy i obietnice "wszystko może się stać, zniosę wszystko, będę cierpiał, mogę umrzeć tu i teraz tylko błagam - ocal mojego synka". I tak się dzieje. Dziecko żyje zdrowe i szczęśliwe, rodzic dziecka tym bardziej. 
Ale zrządzeniem losu spotyka czyjeś dorosłe, chore dziecko i zapomina, że kiedyś, przez chwilę jego własny syn mógł być chory. Mógł nie przeżyć. Zapomina o swoim przerażeniu na myśl, że jego dziecko będzie cierpieć. Nie myśli, że ta chora osoba jest też czyimś dzieckiem i że zarówno ona, jak i jej rodzice przeszli dużo więcej ciężkich momentów, niż on w ciągu tamtych 30 sekund. 
Zapomina o wszystkich swoich obietnicach. Zapomina o Dobru. 
Wykorzystuje bezwzględnie czyjeś dorosłe, chore dziecko. Oszukuje dzień po dniu, okłamuje, zdradza. Rani. Tak jakby tej osobie jeszcze zbyt mało życie dokopało. 
Przez cały czas trwania kalejdoskopu swoich manipulacji i sztuczek, ani na moment nie orientuje się, że... spotkał jakby swoje dziecko w innej postaci. 

Czy to zbyt daleko idące wyobrażenie? 
Może. 
A może to wcale nie jest wyobrażenie. 

Ale jedno jest pewne: raniąc innych ranimy siebie, ranimy swoje otoczenie. 


* * *

Kilka dni temu skończyłam 30-ty rok życia. Przeszłam sporo etapów, stoczyłam tysiące bitew. Z porankiem i z nocą, z przypadkiem i losem, z ludźmi i z sobą. Przeżyłam wszystkie wymienione wcześniej fazy, uczucia, rozstrojenia i lekcje. 
Ostatnie 3 lata były dotychczas najbardziej emocjonalnym okresem. Na początku odczuwałam takie szczęście, jakiego nie doznałam nigdy, nawet w trakcie spotkań z papieżami, ani lotu balonem :) Natomiast później rozbujała się huśtawka emocjonalna.  Musiałam sama poradzić sobie z czymś, czego bałam się całe życie i na co w wieku 27-29 lat nie byłam gotowa. Pierwszy raz zakochałam się na zabój i pierwszy raz przeżyłam żałobę po stracie tej miłości. Pierwszy raz otworzyłam się na człowieka, co w moim przypadku z moim charakterem było naprawdę trudne, pokazałam mu te miejsca, które są na zranienie podatne wierząc, że ten który kocha nie zrobi mi krzywdy. Pierwszy raz tak okrutnie zawiodłam się na człowieku i pierwszy raz stanęłam przed egzaminem przebaczania. Pierwszy raz w życiu kilkakrotnie skorzystałam z rozmowy psychologicznej, ale suma summarum wiedziałam, że docelowo muszę sama w sobie to zakończyć i nikt nie jest w stanie mi pomóc, a przeszkodą jestem ja sama i moje braki. Pierwszy raz w ciągu 30 lat podjęłam leczenie i nie byłam w stanie się mu poświęcić i poprowadzić tak, by dawało szybsze efekty. To miłość miała być moją największą motywacją, a stał(a) się przeszkodą.

W ciągu tych 3 lat przekroczyłam dozwoloną ilość głupot, która powinna być rozłożona na trzydzieści lat. Wiele z nich naprawiłam, reszta pozostanie dla mnie lekcją na następne. Tego, co przeżyłam, co działo się nie tylko na poziomie psychicznym, ale również fizycznym, jak to na mnie wpłynęło, jak pół roku nie żyłam mentalnie, jakie miałam paranoiczne myśli, nieuzasadnione lęki - nie da się opisać. To wiem tylko ja. A ci, którzy codziennie mnie widzieli - wiedzieli tylko o lekkim powiewie, części tego huraganu, który szalał w moim umyśle. Szkoła życia, do której uczęszczałam osiągnęła wysoki poziom, a nauczanie odbywało się w zastraszającym tempie. 

Ale dziś jestem silniejsza, niż kiedykolwiek, choć samej trudno mi w to uwierzyć. Chociaż proces wychodzenia z tego bałaganu jeszcze się nie zakończył i nadal sporo czasu zajmie odkręcenie tych toksycznych mechanizmów, które mój ukochany we mnie wytworzył, to apogeum piekła mam już za sobą. Gdy wracam myślami do tamtego okresu czuję ogromną ulgę, że to już jest poza mną.
Zawsze czułam - naprawdę, nie wiem co to jest, ale zawsze czułam - że kiedyś zapłacę wysoką cenę za chwilę najprawdziwszego szczęścia, za miłość. Ale jej skala przebiła nawet mój realizm. 
O tym co działo się w moim sercu, czym teraz jest dla mnie miłość, o moich uczuciach i emocjach - od subtelnych do ekstremalnych - mogłabym tworzyć i tworzyć. I pewnie jeszcze niejednokrotnie te tematy będą się tu przewijać, bo jest to największe - emocjonalnie - wydarzenie mojego dotychczasowego życia. 

Jednak są 2... materie? Pierwiastki? które utrzymują mnie przy zdrowych zmysłach.
Pierwszy to przyjaciele.  Moi bliscy i znajomi którzy nie ćwierkają do mnie, bo tak wypada, albo żebym się dobrze poczuła tylko okazują mi szczery szacunek, miłość, sympatię, wdzięczność za naszą relację i w przeciwieństwie do niego uważają mnie za pełnowartościową kobietę, nie gorszą od zdrowych. 

Drugi, to moja wrażliwość. Mimo, że kilkakrotnie byłam przez niego zmuszona do założenia grubej skóry i pokazania siły swojego charakteru, mimo, że po tym co przeszłam mogłabym stać się zimna, cyniczna i zgorzkniała, to jest we mnie ta Asia sprzed 3 lat. Choć trzykrotnie bardziej nieufna, to pełna nadziei. 
Że jest gdzieś jakiś Kubuś Puchatek. Nie wykreowany, nie mamiący, nie stworzony na czyjeś potrzeby, ale z tak prawdziwym sercem, jak ten miłośnik miodu. 

Jestem wdzięczna, że z takimi właśnie postaciami mogłam spędzać ten szczególny dzień. 
Wolna i spokojna... prawie :)






sobota, 18 stycznia 2020

Zróbmy w drugim dobro

Zróbmy w drugim dobro
Mam 
wrażenie, że ciągle piszę o ludziach. Ale inaczej się nie da, inaczej nie chcę.
Nic innego, tylko ludzie odgrywają w życiu kluczową rolę. Ludzie to życie dają, najpierw fizyczne, później mentalne. Ludzie kształtują naszą osobowość, zainteresowania i przyszłość. To z kim przebywasz wpływa na Twoje myśli i czyny. Ludzie Cię motywują i wspierają. Ludzie przytulają i odrzucają. Sprawiają, że rośniesz, rozwijasz się lub kurczysz, usychasz. Ludzie mogą zabić. Ciało. Lub umysł. Ludzie potrafią dodać takiej siły, jaka w życiu Ci się nie śniła. Ludzie uskrzydlają. Ludzie przytłaczają.
Ludzie rozpraszają ciemność. Biorą na ręce czyjeś strzępy świata. Ludzie wpędzają w "otchłań rozpaczy", jak mawia moja rudowłosa idolka. Ludzie stają się szaro-złotą drogą.
Ludzie kiedyś nie chcieli dać mi szansy, żeby wydarzyło się to, co stało się 2 dni temu. Ludzie chcieli mnie uśmiercić. Inni ludzie sprawili, że 2 dni temu przyjęłam 4 dawkę leku. Jacyś ludzie do tego doprowadzili. Ludzie ją podali. Ludzie mi towarzyszyli. Ludzie pomagali. Ludzie zapraszali i odwiedzali.
Jacyś ludzie zgniotli mnie tak, bym nie mogła w pełni skupić się na leczeniu. Inni ludzie podnieśli, wybili w górę.
Ludzie mnie rehabilitują, by lek mógł zadziałać w ciele. Ludzie dają szansę na rehabilitację...
Ludzie zamieniają Twoje "nie" na "tak". 🔥🔥🔥
Jeżeli i Ty chcesz powiedzieć "tak" i oddać swój 1% na moją rehabilitację, zwiększyć jej częstotliwość dodając w ten sposób siłę moim rękom i oddechowi - bardzo proszę i z 💖 DZIĘKUJĘ!
W rozliczeniu podatkowym wystarczy tylko wpisać KRS: 0000270809 oraz w rubryce “Informacje uzupełniające” wpisać: “Czapla, 773”.
➡️ KRS: 0000270809
➡️ Informacje uzupełniające: “Czapla, 773”.
Jeżeli nie dla mnie, to przekaż na kogoś, kto tej pomocy potrzebuje, ale proszę, nie pozwól, by tak ważna część Twojego podatku trafiła w Czarną Dziurę budżetu Państwa.
Bo każdy z nas jest "ludziem". Zdecyduj, co zrobisz w drugim człowieku. 🌓
Z góry dziękuję również za udostępnianie! 🤲

środa, 8 stycznia 2020

Nie oceniaj książki (po)... dopóki nie przeczytasz całości ze zrozumieniem

Nie oceniaj książki (po)... dopóki nie przeczytasz całości ze zrozumieniem



W zeszłym roku przeszłam bardzo wiele. Wydarzenia, w których brałam udział i emocje, których doświadczyłam można by rozłożyć na 10 lat. Jeden facet, człowiek, którego kochałam, zniszczył we mnie wiele cennych rzeczy.
Dlatego ten post jest dla mnie szczególnie ważny, ponieważ daje mi nadzieję na to, że nie wszyscy są mordercami Motyli.
Dziękuję Marcinowi Merot Marcin Maliszewski, za to, że mimo wszystko rok 2019 pomógł mi zakończyć tak bardzo pozytywnie i szampańsko 🙂
* * *
Największą trudność sprawia mi pisanie o tym, co dla mnie najważniejsze i co nie widoczne dla oczu. A więc o uczuciach i emocjach.
Post o przyjęciu pierwszej dawki leku, bardzo emocjonujący, nie był żadnym problemem, mimo swojej intensywności, dlatego, że choroba jest widoczna dla wszystkich. Nie jest też dla mnie ważna. Po prostu jest. Jak telefon, który mam zawsze w ręku. Ciąży, ale jakieś korzyści z niego płyną.
Jak praca, którą codziennie wykonuję. Zniechęca, jest przymusem, ale stała się częścią mojego dnia. Daje profity.
Choroba jest widoczna i nie trzeba o niej zbyt wiele pisać, bo każdy jest z nią w kontakcie, gdy jest w kontakcie ze mną. Każdy ją widzi.
Większość ludzi widzi tylko ją.
Ludzie zwracają uwagę na to, jakich gestów nie mogę wykonać. Czego dla danej osoby nie mogę zrobić. Jakich sposobów używam, by poradzić sobie fizycznie z czymś, co sprawia mi problem. W jaki sposób mówię, oddycham. Jak przechylam głowę. Jak choroba zmieniła mnie fizycznie, jak wyglądam... - za każdym razem jestem dumna z moich płomiennych włosów! Z czegoś w końcu by należało... 😉
I to nie jest złe, jeżeli zainteresowaniu towarzyszy empatia. To jest potrzebne, by móc lepiej mnie poznać i zrozumieć. Czasem wręcz pragnę, by ktoś zwrócił uwagę na moją chorobę! Nie po to, aby kaszmirową chusteczką wycierał policzki zroszone goryczą życia, ale żeby po prostu mnie nie pomijał i wziął (sic!) z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Natomiast przy niektórych osobach czuję się chorobą. W jakiś niewytłumaczalny sposób podświadomie odbierają mi poczucie człowieczeństwa. Siłą swojej pogardy, niewiedzy lub niechęci wrzucają mnie do antropologicznej podkategorii.
Jeśli spotykasz się z takimi ludźmi regularnie przez 30 lat lub - co gorsza - poznana stosunkowo niedawno osoba wbija Cię na wyżyny kobiecości, by następnie kopnąć z tej góry, to Twoja samoocena kurczy się jak przekłuty balon.
Dlatego niedawno pisałam o tym, że trudno jest czuć się kobietą we własnej głowie.
Jednak życie bez przerwy sobie ze mnie żartuje. Ostatnimi czasy przechodzę całą serię paradoksalnych wydarzeń.
Po napisaniu tamtego posta przyjechał do mnie... MĘŻCZYZNA. Rzadko używam tego słowa, bo nie lubię być gołosłowna, natomiast ten zasługuje w pełni na to zaszczytne miano. Zwłaszcza, że był pierwszym, jaki pojawił się w moim pokoju po rozstaniu z tym, który zrzucił mnie z ugruntowanej skały własnej, wysokiej samooceny.
Gdy umawialiśmy się kolejny raz po wielu nie udanych próbach sądziłam, że i tym razem do tego nie dojdzie.
W końcu jednak siedziałam na wózku elektrycznym, koleżanka poprawiała mi włosy i ogarniała mój pokój. Stresowałam się, ale już nie tak, jak wtedy, gdy miałam 20 lat.
Zdążyłam pomyśleć: "Kurde, to się właśnie dzieje", gdy zadzwonił dzwonek do drzwi.
Wybiegłam na przedpokój starając się nie pokazać jak bardzo trzęsę się w środku. Rzuciłam nieśmiałe, choć pełne uśmiechu "cześć". Marcin, na całe szczęście, był bardziej otwarty i odważny, staropolskim obyczajem pocałował mnie w policzek - co było miłym zaskoczeniem, bo przy znajomych, czy rodzinie, z którymi znam się od lat, a mimo tego wciąż mają wątpliwości, czy ich nie zarażę wadliwym genem drogą kropelkową nie spodziewałam się, że zrobi to facet, z którym widzę się pierwszy raz.
Wykluczając wątpliwości - na razie Marcin nie wykazuje objawów SMA.
Poprowadziłam go do swojego pokoju. Podziękował za to, że wyszłam po niego na przedpokój, tym samym już na wstępie pokazał, że dostrzega więcej. Podarował mi czekoladki Merci - nie podając do ręki. Wiedział, że jej nie wyciągnę.
Rozmowa toczyła się bardzo swobodnie pomimo moich odwiecznych obaw. Poznawaliśmy się już nie tylko z social mediów, w których przez ponad rok obserwowaliśmy swoje aktywności.
Ponieważ Marcin jest zawodowym muzykiem rockowym, w końcu wyciągnął gitarę, o której przywiezienie go poprosiłam i zagrał dla mnie utwór, rejestrując go na pamiątkę.
Atmosfera totalnie się rozluźniła. Bardzo chętnie i bez obaw nauczył się mnie odsysać, żebyśmy ze spokojem mogli zostać sami.
Nikt mi nie wierzy, że jestem nieśmiała i że spotkania z ludźmi ogromnie mnie stresują. A przecież w całej mojej publicznej działalności nie widać, czego potrzebuję lub z czym mam problem, bo na spotkaniach autorskich wychodzę na scenę, przez 60 minut wyłącznie mówię, nie robiąc nic innego. Po tym czasie schodzę, do swojego świata.
Natomiast kiedy przychodzi mi przyjąć u siebie swojego osobistego gościa tworzę tysiąc problemów w głowie. Że nie zrobię sama kawy, że nie przyniosę obiadu. Że gdy będę zmuszona zmienić pozycję będę musiała zawołać rodziców. Że przy gościu nie napiję się razem z nim podnosząc filiżankę do ust. Że może trzeba będzie się odessać podczas spotkania. Że będę chciała przesiąść się z wózka na kanapę i nie zrobię tego naturalnie, ale trzeba będzie odbyć cały rytuał.
Że nie założę nogi na nogę, nie odgarnę włosów, nie będę gestykulować podczas rozmowy, ani wykonywać naturalnych ruchów.
Z jednej strony mam wrażenie, że widząc się z kimś nowym wchodzę bardziej w rolę chorej, bo ten ktoś jeszcze nie wie jak mi pomóc, więc moje ograniczenia wzrastają - z drugiej... Marcin powiedział mi tyle miłych i zaskakujących rzeczy, że otworzył mi oczy na to jaka jestem tak naprawdę, pod 48 warstwą swojej osobowości.
Mówił z taką głębią i szczerością w oczach, na którą jestem wyczulona, że nie widzi zupełnie mojej choroby. Oczami - tak, oczywiste. Ale rozmawiając ze mną odnosi wrażenie, że jest z zupełnie zdrową kobietą, bo mam w sobie taki sposób zachowania, mówienia i poruszania się, który oddaje rozmówcy mój obraz siebie - zdrowej dziewczyny.
Zwrócił uwagę na to, jak bardzo gestykuluję, gdy wczuwam się w rozmowę, jak włączam w to całe ciało, angażuję twarz, jak bardzo jestem ekspresyjna.
Niezwykle miło i wesoło mi się zrobiło, gdy wymyślał sposoby na nowy design mojej rury od respiratora, bo dlaczego nie poświęcić temu uwagi, skoro jestem kobietą i mogłabym ją dobierać do aktualnego ubioru, jak kolczyki, czy torebki.
Proponował mi napicie się kawy z jego filiżanki, co dla mnie nie jest bez znaczenia.
Zdradził, że przez telefon wydałam mu się starsza, oficjalna i rzeczowa, natomiast na żywo jestem nieśmiała, wesoła i uroczo rozładowuję napięcie, gdy jestem skrępowana... 
Jednak totalnego buraka spaliłam, kiedy oznajmił, że powinnam prowadzić swój kanał na YouTube, bo mam prezencję i sposób mówienia, które przyciągają ludzi. Na mój wybuch śmiechu, protesty i żenująco niezręczne tłumaczenie życiowego kompleksu, że no jak, przecież zęby, zgryz... Spojrzał na mnie jakbym tłumaczyła zasadę funkcjonowania jąder galaktyk aktywnych i z przekonaniem w głosie i spojrzeniu zaprotestował, mówiąc, że po kilku minutach rozmowy ze mną zupełnie się o tym zapomina, bo uwagę przyciągają oczy, które mają coś w sobie, wiele wyrażają.
Zrozumiałam, że poznałam człowieka, który potrafił wydobyć ze mnie to, co sama wiedziałam, ale przez innych ludzi dawno zakopałam i zapomniałam.
Po tym wszystkim oddychałam już z ulgą. Położyłam się przy Marcinie, co zwykle bardzo mnie krępuje. Pograliśmy razem na gitarze - wiedział jak ustawić struny przy mojej ręce, bym mogła przesuwać po nich palcami, a sam naddawał akordy. Zdążyłam się jeszcze wzruszyć - co zdarza mi się rzadko - gdy grał Dust in the Wind, melodia płynęła kilka centymetrów ode mnie, a ja patrzyłam na jego skupioną twarz.
Patrzyliśmy na siebie jakoś inaczej.
W końcu Marcin wrócił do Warszawy, a ja jestem mu wdzięczna za ten post i za pytania, które zrodziły się w mojej głowie.
⬇️
Jakim trzeba być, żeby dostrzec w osobie, która przed Tobą stoi więcej, niż to, na co właśnie patrzysz? Jakie trzeba mieć doświadczenia, by uznać, że zmysły kłamią? Czy trzeba być autystykiem? Aspergerem? Medium? Chorym psychicznie? Mieć jakoś inaczej skonstruowany mózg?
Są wyjątkowi ludzie, którzy myślą wychodząc poza schematy. Ale większość z nas, bo niestety mówię również o sobie, ocenia i wartościuje według tego, co widzimy i jak nam "się wydaje". Zmysł wzroku jest jednym z najsilniejszych i bezrefleksyjnie poddajemy się jemu. I chociaż jest to jakoś zakodowane w naszej naturze i przestawienie toku myślenia jest niezwykle trudne, to na pewno jest jedno, co możemy zrobić - starać się. Poznając nową osobę, o której nic nie wiemy, nie wyobrażać sobie jaka jest. Niczego nie zakładać. Nie wmawiać sobie, że powiedziała to, BO... Nie określać jej po tym, jak się zachowuje w jednej, określonej sytuacji, w której zawsze ją widzimy.
No, i wygląd. To co jest na zewnątrz, wielokrotnie zupełnie nie odzwierciedla tego, co dzieje się w głowie.
Oczywiście nie chodzi o to, że każdy człowiek na świecie jest super - chociaż to też jest relatywne - ani o to, że musimy lubić wszystkich i że nikt nie ma wad. Chodzi tylko o to, żeby dać sobie i drugiej osobie szansę na właściwe spojrzenie.
Ja osobiście marzę o tym, by być mądrzejszą i z chęcią - bo chyba jej najbardziej nam brakuje - poskramiać swoją nieomylną wszechwiedzę, robiąc miejsce na poznanie. Nie tylko zmysłowe.
* * *
Przy takich ludziach jak Marcin totalnie nie czuję się chora  Starajmy się mieć otwarte umysły, byśmy dla innych mogli stać się takim oparciem 

sobota, 14 grudnia 2019

Sprzedają mnie!

Sprzedają mnie!
🎼 Ten świat oszalał! 🎤

Tu się ludzi sprzedaje! 🤨

A konkretnie spotkania z nimi 

Pierwszy był Erwin, a teraz, Nicpoń, wystawia mnie (mam nadzieję, że nie do wiatru).

Krzyczałam i tupałam, że nikt nie będzie chciał się ze mną spotkać, ale jeżeli jednak ktoś zechce się poświęcić i oddać w tym celu cegiełkę dla Fundacji, to ja oddam się w czyjeś (bogate) ręce!

Erwin głosi, że o spotkanie z nim walczyły głównie kobiety, więc role trzeba wyrównać i dać szansę mężczyznom, ale ja w dobie LGBT preferuję oBIe płci!

Do spotkania dokładam książkę swą (co by Kupujący nie zanudził się patrzeniem na mnie) i obiad lub kolację 

Koszt wysyłki nie dotyczy  Mogę dojechać w prawie każde miejsce lub zapraszam do siebie.

Czas realizacji do uzgodnienia - w zależności od miejsca spotkania, warunków pogodowych i konstelacji gwiazd.

Licytację zaczynamy od 5zł.

Bitwa kończy się 15 grudnia o 21:00.

"Spotkajmy się przy wspólnym stole" 

‼️ UPDATE:‼️

Został już tylko jeden dzień promocji! Jutro specjalna okazja! Black Sunday! Kto da za mnie więcej?  Mamy już 350zł dla Fundacji!

Licytować spotkanie ze mną + obiad/kolację + moją książkę można tutaj: https://www.facebook.com/groups/HandmadeForHope/permalink/2480772705511683/

🎤When you come back to me. .? 🎤😃

Copyright © ACZkolwiek - kocham życie! , Blogger