poniedziałek, 31 grudnia 2012

O tym dobrym roku

Za chwilę skończy się obecny rok i zacznie nowy, nieznany, tajemniczy i wprowadzający małą niepewność. Zgodnie z obowiązującą blogową modą powinnam napisać "list do Mikołaja" prosząc go o zdrowie, szczęście, miłość, zrozumienie, dla siebie, a zwłaszcza dla mojej rodziny i przyjaciół. I nawet gdybym go napisała teraz, przed Nowym Rokiem, to nie popełniłabym żadnego faux pas, ponieważ reszta świata pisała takowy niekoniecznie 6 grudnia, ale przed Bożym Narodzeniem - kiedy, jak sama nazwa wskazuje - BÓG się rodzi, nie Mikołaj i nie św. Mikołaja to święto. W moim przekonaniu od zdrowia, szczęścia, itd. jest Jezus, Bóg, a Mikołaj odpowiada raczej za nasze zachcianki materialne, dlatego moda, jak to moda, jest zazwyczaj bezsensowna, ale ma jeden atut - przemija. Nadzieja matką głupich, a że od głupich się nie odżegnuję, to też ją żywię łudząc się, że w przyszłym roku wszelkie "listy" znajdą się na przykład w kościele, rozmowach lub sercach, wyłącznie.
Dla jasności - nie żebym krytykowała wszelkie takie zabiegi literackie. Są one efektowne i - co ważniejsze - efektywne, nie raz, nie dwa trafiają do ludzkich serc, poruszają i dają powód do refleksji, który w dzisiejszym świecie jest pożądany, ale ich szczerość najczęściej objawia się gdy piszą je rodzice chorego dziecka lub po prostu ludzie dorośli, dojrzali psychicznie i emocjonalnie. W moim odczuciu młoda pełnoletnia osoba, praktycznie rzecz biorąc nastolatka, pisząc taki "list" ma na celu jedynie wzbudzić w czytających tanim kosztem tanie wzruszenie i wykazać się "głębokością" swojej duszy...

Nie czując się dojrzałą pod żadnym względem zrobię to, co się zwykle i zwyczajnie robi w tym czasie, a mianowicie - podsumowanie bieżącego roku.
Nie był on taki pospolity i dlatego nadaje się do przypomnienia niektórych wydarzeń.
Przez cały rok 2011 dochodziłam do siebie po niewątpliwie ciężkim przeżyciu jakim była tracheotomia. Byłam rozedrgana emocjonalnie, nie posiadałam praktycznie żadnych sił fizycznych, a psychiczna kondycja pozostawiała wiele do życzenia. Obecny rok był stabilizacją wszystkich wyżej wymienionych aspektów egzystencji. Nabrałam takiej odwagi i - teraz to będzie słowo na swoim miejscu - DZIELNOŚCI, że mimo charakterologicznego strachu potrafiłam pokonywać samą siebie, iść do przodu. Tak pojechałam 600km od swojego miejsca zamieszkania na pierwsze wakacje z pomocnikiem oddechowym, wysiedziałam się w zimnie i huku 6 godzin na koncercie Lata z Radiem, tym samym spełniając swoje marzenie, spotkałam się z Romanem Czejarkiem, Bogdanem Sawickim, Andrzejem Piasecznym, obejrzałam na żywo występ grupy tanecznej ciesząc oczy profesjonalnym ruchem ciał oraz doskonaląc swoje wyobrażanie tańca w głowie. Zaczęłam działalność na rzecz kameruńskiej misji, co wiąże się z bardziej "zawodowymi" kontaktami z ludźmi i odpowiedzialnością. Zapisałam się do projektu Fundacji Kawalerów Maltańskich i Przyjaciół Integracji, zapraszałam obcych ludzi z różnych branż pokonując wrodzoną nieśmiałość. Poznałam swoją siostrę cioteczną, zobaczyłam pierwszy raz w życiu faceta respiratorowca (Rafi, wspominam o Tobie ;), spotkałam się pierwszy raz w życiu z moją chorobą w innym ciele. W ogóle poznałam całe mnóstwo ludzi i chorych i zdrowych i nie potrafię uwierzyć jak mogłam co niektórych nie znać wcześniej. Pokonywałam wiele lęków, wyzwań, których kiedyś nie byłabym w stanie podjąć.
No i nie sposób nie wspomnieć o najważniejszym wydarzeniu, nie tylko tego roku, ale całego życia. Poznałam chłopaka. Miałam chłopaka. Mówię o tym, bo jak wiadomo, w moim przypadku to nie jest oczywista rzecz. Dużo chorych ludzi ma drugą połówkę, czasem krótko, czasem dłużej, czasem na zawsze, ale jeszcze więcej nigdy nie poznało smaku bycia "czyjąś", "czyimś". SMAI jest tak zaawansowaną chorobą, że rzadko pozwala na związek. Nie wiem jakim cudem przytrafiło się to akurat mi, ale ważne, że ten cud był. Niezależnie od tego jak te sprawy się kończą, to jest to bardzo drogocenne doświadczenie, myślę, że dla każdego, a przynajmniej dla każdego powinno takie być. Dla mnie było, jest i będzie, nie zapomnę o tym, bo się nie da, bo nie chcę.
To była druga najfajniejsza rzecz jaka mnie w tym roku spotkała.

 Reasumując, z tego i z innych względów muszę powiedzieć, że 2012 był takim rokiem, jakiego życzę sobie i Wam przez kolejnych 12 miesięcy.
Pozytywnego, odważnego, pełnego budujących wyzwań i przynoszącego wiele okazji do spełniania swoich pragnień.

                                                                                                            * * *

 Wszyscy gotowi na przyjęcie jutrzejszego kaca? No to, DO SIEGO!

niedziela, 23 grudnia 2012

Merry Christmas & Upiór w operze

Pomimo mojego skrupulatnego odliczania dni do Wigilii z pomocą kalendarza adwentowego, to Święta mnie zaskoczyły i ocknęłam się dopiero dzisiaj. Przypomniałam sobie, że jeszcze nie złożyłam życzeń moim znajomym i przyjaciołom, a bardzo chcę to zrobić, dlatego


życzę Nam na nadchodzące Święto Narodzenia Jezusa owocnych refleksji nad faktem, że Bóg stał się człowiekiem oraz serca przepełnionego wzajemną miłością i życzliwością. Przeżycia ich w ciepłej atmosferze, wśród kochających nas ludzi - poczucia ich obecności również myślą. 
Niech każdy z Nas, przynajmniej raz poczuje autentyczną radość z narodzonej Miłości. 


A w ramach mojego prezentu dla Was... odkrywam się ciut bardziej :).
Już dawno chciałam dać tu próbkę swojego głosu... z różnych powodów. Na przykład dlatego, że dużo osób pyta mnie CZY mówię, JAK mówię, czy w ogóle z respiratorem SIĘ DA. Również dla tych, którzy mają ze mną kontakt only online i są po prostu ciekawi "jak brzmię". I też dlatego, że zawsze mam duży stres przed rozmową na Skype lub przez telefon z kimś nowo poznanym... Mam nadzieję, że taka terapia pomoże mi pokonać lęki, bo już każdy będzie znał mój głos ;).
Zastrzegam, że to nie jest prezentacja talentu wokalnego, gdyż takiego nie posiadam, śpiewam bez akompaniamentu i nagranie pochodzi z telefonu, więc proszę się cudów nie spodziewać ;). To jest czysta próbka brzmienia strun głosowych i umiejętności manipulowania swoimi i respiratorowymi wdechami i wydechami. Mogłabym zaśpiewać na swoim oddechu, ale byłoby za łatwo i niezbyt prawdziwie, bo na codzień gadam z Karatem - śpiewając odgrywa się walka między nami.
Śpiewam, nie mówię, bo mówić na blogu jest jakoś tak... czerstwo. Piosenka właśnie taka, ponieważ pasuje do obecnego okresu i jest po angielsku, a podobno tak łatwiej się śpiewa :P.


Mam nadzieję, że jeszcze żyjecie :D.
WESOŁYCH ŚWIĄT!!!

niedziela, 2 grudnia 2012

9.00


Pojechałam wczoraj na "komisję" do spraw orzekania o przyznanie wózka elektrycznego z "ponadstandardowym wyposażeniem". Cudzysłów, którym jest objęta "komisja" wziął się z wygórowania tego słowa, ponieważ spotkanie wyglądało następująco: w środku było 12 wózków (zaledwie 3 raz w życiu widziałam ich tyle na raz i jak zwykle dziwnie się czułam...), - btw. przepraszam, za "uprzedmiotowienie", jeśli kogoś ono uraziło - ja byłam 6 w kolejności, wszyscy byliśmy umówieni na 9.00 i wszyscy się burzyli, że wszyscy na jedną godzinę. Po chwili okazało się, dlaczego zgromadzili nas na 9.00 - każdy kto wszedł, wyszedł po 2-3 minutach. Gdy przyszła moja kolej stanęłam przy pana biurku (wyglądał raczej jak ktoś z łapanki niż jak lekarz) i po chwili wstał do mnie, kazał wyciągnąć ręce przed siebie na tyle ile dam radę - "nie mogę w ogóle, obsługuję tylko joystick", pomacał swoimi dłońmi moich dłoni tak: "raz, dwa, trzy", ostatnie pytanie: "ile masz lat panna?" i dziękuję.
Byłam okropnie rozczarowana, bo miałam w głowie całą argumentację za przyznaniem wózka, chciałam sobie pogadać, a mi tego nie umożliwili... :(

Dodatkowo dziwnie się czułam, bo wszyscy byli na zwykłych wózkach, mimo, że każdy ma w domu elektryczny, tylko ja jedyna pojechałam na elektryku... Pewnie sobie myśleli jak moi rodzice, że jak lekarz zobaczy, że mają wózek elektryczny to nie przyznają nowego, a moja filozofia była taka, że jak zobaczą, że przyjechałam na elektrycznym, to znaczy, że na żadnym innym się nie poruszam. I bardzo jestem zadowolona z wyboru.

Był tam jeden chłopak/mężczyzna, leżący w wózku, bez respi, na moje oko z MPD, ale bez ubytku psychicznego - choć większość pewnie myślała inaczej, ponieważ jego wygląd niestety na to wskazywał - i tak się złożyło, że jego mama dała swój nr tel mojej mamie w celu jakiejś warszawskiej akcji i myślę, że któregoś dnia do niego zadzwonię, bo myślę, że może nie mieć wielu przyjaciół...

Gdy wychodziłam z budynku przechodziłam obok takiego fajnego gościa, mega przystojny i uśmiechnął się do mnie - do niego niestety nie mam numeru, ale nie żałuję, bo "miłość wózkowa" jest raczej niemożliwa :P ;).

Pobiłam poprzedni rekord głodówki z 34 do 43 godzin. Brak odżywiania organizmu, niedosypianie przez ostatni okres i wczorajsze przemarznięcie sprawiły, że wczoraj byłam ledwo żywa i przeleżałam cały dzień.
Nawet telefonu nie chciało mi się brać do ręki!
Jednak z głodówką idzie mi coraz lepiej i następna próba dotrwania do 3 dni po Nowym Roku :).


Jutro o 9.00 jadę do szpitala, będę pierwszy raz w życiu w narkozie, dlatego proszę o modlitwę...

niedziela, 25 listopada 2012

Życie po życiu, czyli "Żyj z całych sił i uśmiechaj się do ludzi"

Jest 25 listopada...

...a ja długo się zastanawiałam jak napisać tę notatkę, mimo, że ta akurat powinna być prosta, bo ważna to dla mnie data, bardzo wyjątkowa, znacząca i z rodzaju dat ślubu, I Komunii Świętej, wymarzonej wycieczki zagranicznej, obrony magisterium czy narodzin dziecka - data zapamiętana na całe życie.
Z wyżej wymienionych wydarzeń nie zaliczyłam (jeszcze! :P) ślubu, ani radości posiadania tytułu magistra... - btw. nie wiem, które jest trudniejsze przeze mnie do osiągnięcia - ale pozostałe jak najbardziej.
Tak, tak, narodziny też. Dziecka...? Dziecka... W sumie wtedy jeszcze dziecka.

Mijają równe DWA LATA odkąd przestałam oddychać całkowicie samodzielnie. Do szpitala pojechałam 21 listopada, a po czterech dniach śpiączek i różnych cudów odgrywanych w mojej głowie mama zrobiła mi dziurkę w szyi tym samym dając mi życie po raz drugi.*

Chcąc pozostać szczerą w tej myślodsiewni nie mogę opisać wszystkiego co "mówiłam" do rodziców w szpitalu i w domu, powiem tylko, że nie byłam "zadowolona" z drugiego życia. Teraz się zastanawiam czy z pierwszego byłam zadowolona...**

Leżąc tak odłogiem na kanapie w dużym pokoju (żeby mieć wszystko i wszystkich na oku), powiedziałabym, że "bez duszy", było dla mnie tak samo jak teraz założenie fundacji, niewyobrażalne przeżycie w takim stanie dwóch miesięcy. Nie do pojęcia było egzystowanie, wegetowanie, bo o normalnym życiu to mi się nawet myśleć nie chciało.

Mój stan psychiczny był... dziwny. Telefon leżał rozładowany, nie odbierałam telefonów, SMSów, nie czytałam, nie oglądałam, nie słuchałam. Leżałam i patrzyłam. W przestrzeń i/lub czasoprzestrzeń. Nie chciało mi się chcieć, nie chciało mi się nie chcieć. Jedyne czego mi się chciało to nie być.

Nie żyć.

Dość antonimiczny wpis do zaprezentowanego przeze mnie akurat dzisiaj nowego tytułu bloga.
Bo moje życie to teraz dwa życia oddzielone tracheotomią, dwa życia w jednym oddzielane często słowami "przed/po tracheo".
Jak żyję teraz - każdy widzi. Stąd tytuł bloga. (jest też bardziej marketingowy :P)
Nie chcę nikomu mydlić oczu, że w każdej minucie je kocham i że bycie bardzo niesamodzielnym człowiekiem jest przewspaniałe - stąd słowo "ACzkolwiek". Zaś po tych wszystkich "aczkolwiek" Asia Czapla odkrywa, że jej życie jednakowoż nadaje się do kochania.
Tytuł bloga będzie spełniał też inne ważne zadanie dla mnie i - mam nadzieję - mnie odwiedzających: będzie afirmacją mojego życia, moich myśli i działań.

Mijają dwa lata od zabiegu, natomiast rok istnienia bloga (co jest dla mnie wielkim sukcesem) minął 15 sierpnia. Były ważniejsze wydarzenia żeby zatrzymywać się na powyższym, ale czas coś tu zmienić, dlatego OGROMIE dziękuję Gosi L. za inwencję twórczą w wymyśleniu pasującej do mnie nazwy bloga - lepszej nie potrafiłbym skomponować. Na poprzedni, górnolotny nie mogłam już patrzeć. Moja psychika w ciągu tych dwóch lat przeszła pięciokrotną metamorfozę...
Dziękuję Martynie za zaprojektowanie nowej szaty graficznej uwzględniając moje ciągłe zmiany koncepcji ;) i za chęć męczenia się z tymi wszystkimi ustawieniami :P, za chęć pomocy, zaangażowanie i blogowe porady. Bardzo dziękuję Aleksandrowi za poświęcony czas na zabawy w HTML i przy okazji za zabieranie mnie w średniowieczny świat książąt i księżniczek ;), dziękuję Ci też za te wszystkie gadulcowe rozmowy, emocje, muzykę reggae, śmiech i łzy i za kolejny dowód pożytku z istnienia bloga.
Dziękuję Wam wszystkim czytającym, śledzącym, interesującym się, za dostarczanie mi poprzez rozmowy motywacji do pisania.


* Wspominałam już kiedyś, że Doktorek chciał mnie uśmiercić, nie chciał robić zabiegu, to mama o mnie walczyła, to ona dała życie po raz drugi.
** Porównując moją motywację do życia teraz i przed tracheotomią, z coraz mniejszym zdziwieniem stwierdzam, że tamto życie było wegetacją...



P.S. Wciąż - chociaż minęło kupę czasu od kiedy pomyślałam, że nie minie parę miesięcy - dowiaduję się nowych rewelacji okołoszpitalnych. Mój mózg był tak niedotleniony, że nie zapamiętywał informacji z realnego świata, jedynie ze snów, majaków i halucynacji, dlatego o wielu rzeczach nie miałam pojęcia i pewnie o paru jeszcze się dowiem. Kilka dni temu w związku z rozmową o kibicu Dawidzie mama zapytała mnie, co bym odpowiedziała jakby w domu były wcześniej rozmowy o respiratorze albo jakbym w szpitalu była w stanie sama wyrazić zdanie na jego temat. Czy zgodziłabym się na rurkę.
Odpowiedziałam, że to pytanie jest w tym momencie pozbawione sensu, bo nie jesteśmy w stanie powiedzieć co by było gdyby, możemy sobie gdybać, ale nie daje to realnej oceny rzeczywistości, że tylko w danym momencie człowiek wyraża najprawdziwiej to, co czuje. Sama jestem bardzo ciekawa swojego zdania.
Wtedy mama powiedziała, że gdy wpadła w końcu do mojej sali, a ja ledwo dysząc mówiłam "i gdzie oni są?! Dlaczego nic nie robią, nie mogę oddychać!" odpowiedziała "Asiunia, zastanawiają się... bo respirator...".
I to jest prawdziwy moment życia i śmierci. W tym momencie odpowiedź chorego jest najpewniejsza, najwłaściwsza, najbardziej realna i intuicyjna. Moja brzmiała "no to trudno!".
Mama poznała moje zdanie. Nie jestem pewna czy ja chciałam żyć, ale moja podświadomość na pewno.


A teraz zapraszam na tort i szampan!!!

czwartek, 8 listopada 2012

WAŻNE! Nienawidzę zmian


Troszkę się zdenerwowałam, ponieważ Mini Poczta WP, z której korzystałam od dwóch lat, a która była mi niezbędna do obsługi poczty na komórce zmieniła opcje, które przekraczają moją znikomą cierpliwość, dlatego zmuszona byłam przerzucić się na Onet.
Proszę zatem wszelkie prywatne maile od znajomych i potencjalnych znajomych, typu: "Jak się masz?", "Co słychać?", "Chcę cię poznać" itp, kierować na adres: asia.czapla@onet.pl
Maile formalne, typu: "Prośba o współpracę", "proszę o odpowiedzi na pytania" itp, na adres joanna.czapla90@gmail.com

Adres pierwszy obowiązuje do odwołania, mam nadzieję, że uda mi się wrócić na stare śmieci.

piątek, 2 listopada 2012

Parens caritatis

Przed pojawieniem się następnego posta chcę przytoczyć historyjkę, którą wkleił jakiś mądry człowiek na forum "Po tracheotomii".
Z dedykacją dla wszystkich wyjątkowych mam - dla mojej Mamy oczywiście z wyróżnieniem.

"Czy zdarzyło się Wam kiedyś zastanawiać, jak Pan Bóg wybiera mamy dla dzieci niepełnosprawnych?
Ja próbuję wyobrazić sobie Pana Boga gdy wydaje polecenia aniołom, którzy zapisują je w ogromnej księdze:


>>Wiśniewska Elżbieta – syn; święty patron: Mateusz. Krawczyk Maria – córka; święta patronka: Cecylia. Zawadzka Katarzyna – bliźnięta; święci patronowie… dajmy też Gerarda - już przywykł do tego, że jest mało czczony.
Wreszcie Pan Bóg dyktuje aniołowi imię i uśmiecha się
– Jej damy synka niepełnosprawnego.
Anioł zaciekawił się
– Czemu akurat jej, Panie? Jest taka szczęśliwa.
Właśnie - odpowiada Bóg z uśmiechem – Czy mógłbym dać niepełnosprawne dziecko kobiecie, która nie umie się cieszyć? To byłoby okrutne.
- Ale czy jest dość cierpliwa? – dopytywał się anioł.
- Nie chcę, żeby była zbyt cierpliwa. W przeciwnym razie utonie w morzu litości i trudu. Ta, gdy przezwycięży szok i bunt, z pewnością sobie poradzi.
- Ale, Panie, ona przecież w Ciebie nie wierzy!
Bóg znowu się uśmiechnął – To nie ma znaczeniu. Jakoś temu zaradzę. A ta kobieta jest po prostu idealna. Nawet egoizm posiada w odpowiedniej ilości.
Anioł zaniemówił z wrażenia. Po chwili wykrztusił – Egoizm? Czy to jest cnota?!
Bóg potaknął – Jeśli nie będzie potrafiła zostawić od czasu do czasu swojego dziecka, długo nie wytrzyma. Tak, to jest kobieta, którą pobłogosławię dzieckiem mniej doskonałym. Jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy, ale będą jej go zazdrościć. Żadne słowo nie będzie dla niej oczywiste. Żaden krok nie będzie dla niej zwyczajny. Gdy jej dziecko powie po raz pierwszy „mama”, będzie wiedziała, że jest świadkiem cudu. Gdy opisze swojemu niewidomemu dziecku drzewo albo zachód słońca, zobaczy moje stworzenia, jak umieją je widzieć nieliczni. Pozwolę jej widzieć dokładnie to, co ja widzę – ignorancję, okrucieństwo, uprzedzenia i sprawię, że wzniesie się ponad nie. Nigdy nie będzie sama.
Ja będę u jej boku w każdej minucie, każdego dnia jej życia, a ona będzie wykonywała nieomylnie moją pracę, jakby była u mego boku.
- A święty patron? – Zapytał anioł, zatrzymując pióro w powietrzu. Bóg uśmiechnął się – Wystarczy lusterko.<<"


Zgadzam się z Bogiem w 100% co do matek, ale dziecko "mniej doskonałe"...?? No proszę... ;)

Opowiastka jest oczywiście wyidealizowana i z reguły nie lubię serii typu "Nadzieja spotkała Smutek", ale ten obraz bardzo do mnie przemówił i traktuję to oczywiście jako metaforę. Zobaczyłam w tym obrazie dużo prawdy, prawdziwości i wiem, że WSZYSTKO jest po coś, WSZYSTKO ma swój sens.

Jak zauważyliśmy, na blogu pojawiają się nie tylko pełne ekspresji, radości i uznania komentarze - bardzo mnie cieszy różnorodność.
Pomyślałam, że wkleję tu tekst piosenki, bo jest ona mało znana, a piosenki mają dość duży wpływ na nas, przynajmniej na niektórych. Może Komuś pomoże...
Sam tekst, bo aranżacja jest tragiczna, bezmyślnie pomyślana piosenka, której słowa mają na celu dodawać otuchy, a melodii i zawodzenia nie da się słuchać - odradzam.
A może jakiś utalentowany ktoś z Was napisze muzykę do tego tekstu?

Piosenkę osobiście przeznaczam również dla ojców.

Ja, która nigdy nie powiem mama,
ja, która nigdy nie zawołam tata,
ja, która pozostanę dzieckiem
tylko wzrokiem powiem Wam dziękuję.
W Twoich ramionach mamo, czuję się
bezpiecznie,
a jeśli jestem zbyt ciężka, to połóż mnie na ziemi
Bóg się mamo nie pomylił - narodziłam się z miłości.
Bóg się mamo nie pomylił - narodziłam się z miłości.
Ty, która myślałaś o mnie pięknie, później pytałaś się kim będę,
w Twoich oczach widziałam smutek,
zagubienie,
ale później zwyciężyła miłość, mamo.
I wiedziałaś, że musisz dać więcej miłości,
przycisnęłaś mnie do serca
i obdarzyłaś pocałunkiem, którego nie
otrzyma inne dziecko.
Bóg się mamo nie pomylił - narodziłam się zmiłości.
Bóg się mamo nie pomylił - narodziłam się z miłości.
Ty jesteś moją przyjaciółką mamo,
ty kochasz tak jak kocha Bóg.
Nie potrafię mówić, ale ty słuchaj mojego
serca, które bije tylko dla Ciebie, przede
wszystkim dla Ciebie mamo.

niedziela, 21 października 2012

Zmotywuj siebie

Jak wspaniale jest istnieć w sieci dzięki blogowaniu i przez to poznawać nowych ludzi! Szczególnie, gdy są tak interesujący i barwni jak koleżanka prowadząca blog Zmotywuj siebie, który chcę Wam przedstawić. Nie jest to blog o niej (a szkoda), ale o sprawach, którymi od dłuższego czasu się interesuję.
Ogromnie się cieszę, że miałyśmy okazję się poznać i wymienić doświadczeniami.
Ja ze swojej strony chcę również życzyć pannie Y ;) wytrwałości w realizowaniu swoich celów, planów i marzeń oraz cierpliwości we wtajemniczaniu innych laików w krąg swoich zainteresowań.

czwartek, 18 października 2012

Pozostaje postanowienie poprawy


Obiecałam sobie, że nie będę więcej "tworzyć", bo mi to nie wychodzi, ale co miałam zrobić gdy jedna usłyszana opinia o poprzednim wierszu brzmiała: "ckliwy tekst tandetnej raperki"? Choć opinia inna od innych, to może właśnie za nią jestem najbardziej wdzięczna, bo była zgodna z tematyką wiersza o... SZCZEROŚCI.

I chociaż nie uważam aby forma była ważniejsza od treści, to wspomniana szczerość zmusiła mnie do poprawienia się, spróbowania przynajmniej.

No i bynajmniej poniższego - tym razem białego - wiersza nie klasyfikuję do Sztuki, jednak wydaje mi się, że jest... bogatszy...

Wam go prezentuję:



Zarurkowani

**   **sz*   c*ś   p*w**dź*ć
Ja muszę coś powiedzieć

**ś**   cz***   *s**sz   ****
Myślę czuję usłysz mnie

dźwięczne głoski łącznością ze światem
nieme wyrazy zamknięciem umysłu
niemoc mówienia depresję zaczyna
możność ust ruchu drogą wybawienia

przedziurawiona szyja
plastik weń tkwiący
powietrze naddane
struny wprawia w drganie
MÓWIĘ... MÓWIĘ. MÓWIĘ!
DO CIEBIE

sobota, 13 października 2012

Nowa znajomość

Nowa znajomość
Wczoraj wreszcie mogłam przedstawić przyjacielowi Karatowi kino. Zaprzyjaźnili się, Karat zachowywał się przez cały seans nienagannie i zgodnie stwierdzili, że muszą spotykać się częściej - jestem bardzo za :).

"Bitwa pod Wiedniem" zebrała - jak to zazwyczaj bywa - różne głosy, mnie osobiście bardzo się podobała i zaskoczyła. Myślałam, że nie ogarnę całej tej historycznej bitwy osmańsko-wiedeńsko-polskiej i będę czekała końca, ale fabuła jest tak dobrze nakręcona, że nie miałam problemu z połapaniem się kto, gdzie i kiedy.
Efekty wizualne i dźwiękowe very good, a gra Adamczyka jeszcze bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że to jeden z najlepszych współczesnych aktorów polskich.
Jako, że to była premiera, przed rozpoczęciem filmu był m.in. krótki performance artystyczny poświęcony królowi Janowi III Sobieskiemu oraz królowej Marysieńce, który przedstawili uczniowie VIII Liceum Ogólnokształcącego w Radomiu, którego patronem jest zwycięski dowódca spod Wiednia.
Upiekłam więc 3 pieczenie na jednym ogniu, bo miałam kino, namiastkę ukochanego teatru i naukę angielskiego, ponieważ film był od A do Z z napisami. Tak mnie wciągnął, że tego nie zauważałam.

Byłam jedyną osobą na wózku, ale już nie specjalnie mnie to dziwi, zawsze tak było. Mimo, że HELIOS nie jest w żaden sposób dostosowany do wózków to obsługa jest gites - pani prowadziła mnie i torowała drogę wśród tłumu (nie proszona! Własna inicjatywa!), a od bramki przejął mnie Pan Wojtek z Radia Plus i przed naparciem widzów siedziałam elegancko na sali kinowej z mamą, bratem i bratową.
Kolejny raz czułam się jak V.I.P. i co najlepsze - w ogóle mnie to nie krępuje :D.
Fajnie było poczuć wreszcie świat kultury.
(Mam nadzieję, że 12 grudnia będę mogła powtórzyć to zdanie ;)

                 (trochę cieme wyszło, ale chyba mnie poznajecie ;)



Jeszcze tylko krótko powiem, że był u mnie Pan ze Stowarzyszenia "Przyjaciół Integracji", który zarejestrował mnie do nowego projektu pt: "Wspomaganie osób niepełnosprawnych ruchowo na rynku pracy III".
Nie wiem czy z tego coś wyjdzie, ale już wynikają pewne plusy, które bardziej rozwijają moją osobowość i obycie z ludźmi, instytucjami, sprawami prawnymi...
Pan był (na szczęście!) przemiły i nie uprzedził mnie do pracowników socjalnych :). Zdradził mi  nawet, że po naszej rozmowie telefonicznej wygooglał sobie moje nazwisko i poczytał blog, także Panie Igorze - pozdrawiam! :)
Nawet 6 złożonych przeze mnie pełnych podpisów nie sprawiło mi większego problemu - a przypominam, że od prawie 2 lat pisanie ręczne to dla mnie wysiłek porównywalny do wykopków.
Czego to człowiek nie może, jeżeli chce!

No i wizyta w nowootwartej (dla mnie nowo) Galerii Słonecznej. Moje oczy ujrzały ten okrzyczany kolos, a na pierwszy ogień poszedł rzecz jasna EMPIK.

środa, 3 października 2012

Wykład dla niewtajemniczonych


Zdarza się, że czasem ktoś obcy pyta o mnie moją rodzinę/znajomych.
Taka rozmowa miała miejsce dzisiaj i wyglądała mniej więcej tak:
W PIERWSZEJ KOLEJNOŚCI pada pytanie: "a na co chora?" - odpowiedź: "rdzeniowy zanik MIĘŚNI".
Później następuje ciąg wyliczeń mojej działalności: "stowarzyszenie, książka, misje, blog, nauka...".
I podsumowanie ze strony przeciwnej: "no pacz... to umysłowo wszystko dobrze...".
Zaznaczam, że na samym początku została podana nazwa choroby, w której występuje dość znaczący (przynajmniej dla mnie) dopełniacz.

Wszystkim zaś, którym niewiele taka wiedza pomaga w zrozumieniu istoty choroby zawsze służę dobrą radą.
W tym przypadku brzmi ona następująco:
proszę wziąć do ręki encyklopedię anatomii człowieka, poszukać rozdziału o budowie mózgu, skupić na nim jego funkcję: umysł i... Co zauważamy??
Na wszelki wypadek podpowiadam: W MÓZGU MIĘŚNI NIET!!!!

... z podanego wyżej stwierdzenia umiemy już samodzielnie wyciągnąć wnioski, prawda...?
Jeżeli jednak nie, proszę o info, następna lekcja będzie za tydzień.

Dziękuję za uwagę.
Czegoś nowego wspólnie się nauczyliśmy.
Copyright © ACZkolwiek - kocham życie! , Blogger