sobota, 18 stycznia 2020

Zróbmy w drugim dobro

Zróbmy w drugim dobro
Mam 
wrażenie, że ciągle piszę o ludziach. Ale inaczej się nie da, inaczej nie chcę.
Nic innego, tylko ludzie odgrywają w życiu kluczową rolę. Ludzie to życie dają, najpierw fizyczne, później mentalne. Ludzie kształtują naszą osobowość, zainteresowania i przyszłość. To z kim przebywasz wpływa na Twoje myśli i czyny. Ludzie Cię motywują i wspierają. Ludzie przytulają i odrzucają. Sprawiają, że rośniesz, rozwijasz się lub kurczysz, usychasz. Ludzie mogą zabić. Ciało. Lub umysł. Ludzie potrafią dodać takiej siły, jaka w życiu Ci się nie śniła. Ludzie uskrzydlają. Ludzie przytłaczają.
Ludzie rozpraszają ciemność. Biorą na ręce czyjeś strzępy świata. Ludzie wpędzają w "otchłań rozpaczy", jak mawia moja rudowłosa idolka. Ludzie stają się szaro-złotą drogą.
Ludzie kiedyś nie chcieli dać mi szansy, żeby wydarzyło się to, co stało się 2 dni temu. Ludzie chcieli mnie uśmiercić. Inni ludzie sprawili, że 2 dni temu przyjęłam 4 dawkę leku. Jacyś ludzie do tego doprowadzili. Ludzie ją podali. Ludzie mi towarzyszyli. Ludzie pomagali. Ludzie zapraszali i odwiedzali.
Jacyś ludzie zgniotli mnie tak, bym nie mogła w pełni skupić się na leczeniu. Inni ludzie podnieśli, wybili w górę.
Ludzie mnie rehabilitują, by lek mógł zadziałać w ciele. Ludzie dają szansę na rehabilitację...
Ludzie zamieniają Twoje "nie" na "tak". 🔥🔥🔥
Jeżeli i Ty chcesz powiedzieć "tak" i oddać swój 1% na moją rehabilitację, zwiększyć jej częstotliwość dodając w ten sposób siłę moim rękom i oddechowi - bardzo proszę i z 💖 DZIĘKUJĘ!
W rozliczeniu podatkowym wystarczy tylko wpisać KRS: 0000270809 oraz w rubryce “Informacje uzupełniające” wpisać: “Czapla, 773”.
➡️ KRS: 0000270809
➡️ Informacje uzupełniające: “Czapla, 773”.
Jeżeli nie dla mnie, to przekaż na kogoś, kto tej pomocy potrzebuje, ale proszę, nie pozwól, by tak ważna część Twojego podatku trafiła w Czarną Dziurę budżetu Państwa.
Bo każdy z nas jest "ludziem". Zdecyduj, co zrobisz w drugim człowieku. 🌓
Z góry dziękuję również za udostępnianie! 🤲

środa, 8 stycznia 2020

Nie oceniaj książki (po)... dopóki nie przeczytasz całości ze zrozumieniem

Nie oceniaj książki (po)... dopóki nie przeczytasz całości ze zrozumieniem



W zeszłym roku przeszłam bardzo wiele. Wydarzenia, w których brałam udział i emocje, których doświadczyłam można by rozłożyć na 10 lat. Jeden facet, człowiek, którego kochałam, zniszczył we mnie wiele cennych rzeczy.
Dlatego ten post jest dla mnie szczególnie ważny, ponieważ daje mi nadzieję na to, że nie wszyscy są mordercami Motyli.
Dziękuję Marcinowi Merot Marcin Maliszewski, za to, że mimo wszystko rok 2019 pomógł mi zakończyć tak bardzo pozytywnie i szampańsko 🙂
* * *
Największą trudność sprawia mi pisanie o tym, co dla mnie najważniejsze i co nie widoczne dla oczu. A więc o uczuciach i emocjach.
Post o przyjęciu pierwszej dawki leku, bardzo emocjonujący, nie był żadnym problemem, mimo swojej intensywności, dlatego, że choroba jest widoczna dla wszystkich. Nie jest też dla mnie ważna. Po prostu jest. Jak telefon, który mam zawsze w ręku. Ciąży, ale jakieś korzyści z niego płyną.
Jak praca, którą codziennie wykonuję. Zniechęca, jest przymusem, ale stała się częścią mojego dnia. Daje profity.
Choroba jest widoczna i nie trzeba o niej zbyt wiele pisać, bo każdy jest z nią w kontakcie, gdy jest w kontakcie ze mną. Każdy ją widzi.
Większość ludzi widzi tylko ją.
Ludzie zwracają uwagę na to, jakich gestów nie mogę wykonać. Czego dla danej osoby nie mogę zrobić. Jakich sposobów używam, by poradzić sobie fizycznie z czymś, co sprawia mi problem. W jaki sposób mówię, oddycham. Jak przechylam głowę. Jak choroba zmieniła mnie fizycznie, jak wyglądam... - za każdym razem jestem dumna z moich płomiennych włosów! Z czegoś w końcu by należało... 😉
I to nie jest złe, jeżeli zainteresowaniu towarzyszy empatia. To jest potrzebne, by móc lepiej mnie poznać i zrozumieć. Czasem wręcz pragnę, by ktoś zwrócił uwagę na moją chorobę! Nie po to, aby kaszmirową chusteczką wycierał policzki zroszone goryczą życia, ale żeby po prostu mnie nie pomijał i wziął (sic!) z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Natomiast przy niektórych osobach czuję się chorobą. W jakiś niewytłumaczalny sposób podświadomie odbierają mi poczucie człowieczeństwa. Siłą swojej pogardy, niewiedzy lub niechęci wrzucają mnie do antropologicznej podkategorii.
Jeśli spotykasz się z takimi ludźmi regularnie przez 30 lat lub - co gorsza - poznana stosunkowo niedawno osoba wbija Cię na wyżyny kobiecości, by następnie kopnąć z tej góry, to Twoja samoocena kurczy się jak przekłuty balon.
Dlatego niedawno pisałam o tym, że trudno jest czuć się kobietą we własnej głowie.
Jednak życie bez przerwy sobie ze mnie żartuje. Ostatnimi czasy przechodzę całą serię paradoksalnych wydarzeń.
Po napisaniu tamtego posta przyjechał do mnie... MĘŻCZYZNA. Rzadko używam tego słowa, bo nie lubię być gołosłowna, natomiast ten zasługuje w pełni na to zaszczytne miano. Zwłaszcza, że był pierwszym, jaki pojawił się w moim pokoju po rozstaniu z tym, który zrzucił mnie z ugruntowanej skały własnej, wysokiej samooceny.
Gdy umawialiśmy się kolejny raz po wielu nie udanych próbach sądziłam, że i tym razem do tego nie dojdzie.
W końcu jednak siedziałam na wózku elektrycznym, koleżanka poprawiała mi włosy i ogarniała mój pokój. Stresowałam się, ale już nie tak, jak wtedy, gdy miałam 20 lat.
Zdążyłam pomyśleć: "Kurde, to się właśnie dzieje", gdy zadzwonił dzwonek do drzwi.
Wybiegłam na przedpokój starając się nie pokazać jak bardzo trzęsę się w środku. Rzuciłam nieśmiałe, choć pełne uśmiechu "cześć". Marcin, na całe szczęście, był bardziej otwarty i odważny, staropolskim obyczajem pocałował mnie w policzek - co było miłym zaskoczeniem, bo przy znajomych, czy rodzinie, z którymi znam się od lat, a mimo tego wciąż mają wątpliwości, czy ich nie zarażę wadliwym genem drogą kropelkową nie spodziewałam się, że zrobi to facet, z którym widzę się pierwszy raz.
Wykluczając wątpliwości - na razie Marcin nie wykazuje objawów SMA.
Poprowadziłam go do swojego pokoju. Podziękował za to, że wyszłam po niego na przedpokój, tym samym już na wstępie pokazał, że dostrzega więcej. Podarował mi czekoladki Merci - nie podając do ręki. Wiedział, że jej nie wyciągnę.
Rozmowa toczyła się bardzo swobodnie pomimo moich odwiecznych obaw. Poznawaliśmy się już nie tylko z social mediów, w których przez ponad rok obserwowaliśmy swoje aktywności.
Ponieważ Marcin jest zawodowym muzykiem rockowym, w końcu wyciągnął gitarę, o której przywiezienie go poprosiłam i zagrał dla mnie utwór, rejestrując go na pamiątkę.
Atmosfera totalnie się rozluźniła. Bardzo chętnie i bez obaw nauczył się mnie odsysać, żebyśmy ze spokojem mogli zostać sami.
Nikt mi nie wierzy, że jestem nieśmiała i że spotkania z ludźmi ogromnie mnie stresują. A przecież w całej mojej publicznej działalności nie widać, czego potrzebuję lub z czym mam problem, bo na spotkaniach autorskich wychodzę na scenę, przez 60 minut wyłącznie mówię, nie robiąc nic innego. Po tym czasie schodzę, do swojego świata.
Natomiast kiedy przychodzi mi przyjąć u siebie swojego osobistego gościa tworzę tysiąc problemów w głowie. Że nie zrobię sama kawy, że nie przyniosę obiadu. Że gdy będę zmuszona zmienić pozycję będę musiała zawołać rodziców. Że przy gościu nie napiję się razem z nim podnosząc filiżankę do ust. Że może trzeba będzie się odessać podczas spotkania. Że będę chciała przesiąść się z wózka na kanapę i nie zrobię tego naturalnie, ale trzeba będzie odbyć cały rytuał.
Że nie założę nogi na nogę, nie odgarnę włosów, nie będę gestykulować podczas rozmowy, ani wykonywać naturalnych ruchów.
Z jednej strony mam wrażenie, że widząc się z kimś nowym wchodzę bardziej w rolę chorej, bo ten ktoś jeszcze nie wie jak mi pomóc, więc moje ograniczenia wzrastają - z drugiej... Marcin powiedział mi tyle miłych i zaskakujących rzeczy, że otworzył mi oczy na to jaka jestem tak naprawdę, pod 48 warstwą swojej osobowości.
Mówił z taką głębią i szczerością w oczach, na którą jestem wyczulona, że nie widzi zupełnie mojej choroby. Oczami - tak, oczywiste. Ale rozmawiając ze mną odnosi wrażenie, że jest z zupełnie zdrową kobietą, bo mam w sobie taki sposób zachowania, mówienia i poruszania się, który oddaje rozmówcy mój obraz siebie - zdrowej dziewczyny.
Zwrócił uwagę na to, jak bardzo gestykuluję, gdy wczuwam się w rozmowę, jak włączam w to całe ciało, angażuję twarz, jak bardzo jestem ekspresyjna.
Niezwykle miło i wesoło mi się zrobiło, gdy wymyślał sposoby na nowy design mojej rury od respiratora, bo dlaczego nie poświęcić temu uwagi, skoro jestem kobietą i mogłabym ją dobierać do aktualnego ubioru, jak kolczyki, czy torebki.
Proponował mi napicie się kawy z jego filiżanki, co dla mnie nie jest bez znaczenia.
Zdradził, że przez telefon wydałam mu się starsza, oficjalna i rzeczowa, natomiast na żywo jestem nieśmiała, wesoła i uroczo rozładowuję napięcie, gdy jestem skrępowana... 
Jednak totalnego buraka spaliłam, kiedy oznajmił, że powinnam prowadzić swój kanał na YouTube, bo mam prezencję i sposób mówienia, które przyciągają ludzi. Na mój wybuch śmiechu, protesty i żenująco niezręczne tłumaczenie życiowego kompleksu, że no jak, przecież zęby, zgryz... Spojrzał na mnie jakbym tłumaczyła zasadę funkcjonowania jąder galaktyk aktywnych i z przekonaniem w głosie i spojrzeniu zaprotestował, mówiąc, że po kilku minutach rozmowy ze mną zupełnie się o tym zapomina, bo uwagę przyciągają oczy, które mają coś w sobie, wiele wyrażają.
Zrozumiałam, że poznałam człowieka, który potrafił wydobyć ze mnie to, co sama wiedziałam, ale przez innych ludzi dawno zakopałam i zapomniałam.
Po tym wszystkim oddychałam już z ulgą. Położyłam się przy Marcinie, co zwykle bardzo mnie krępuje. Pograliśmy razem na gitarze - wiedział jak ustawić struny przy mojej ręce, bym mogła przesuwać po nich palcami, a sam naddawał akordy. Zdążyłam się jeszcze wzruszyć - co zdarza mi się rzadko - gdy grał Dust in the Wind, melodia płynęła kilka centymetrów ode mnie, a ja patrzyłam na jego skupioną twarz.
Patrzyliśmy na siebie jakoś inaczej.
W końcu Marcin wrócił do Warszawy, a ja jestem mu wdzięczna za ten post i za pytania, które zrodziły się w mojej głowie.
⬇️
Jakim trzeba być, żeby dostrzec w osobie, która przed Tobą stoi więcej, niż to, na co właśnie patrzysz? Jakie trzeba mieć doświadczenia, by uznać, że zmysły kłamią? Czy trzeba być autystykiem? Aspergerem? Medium? Chorym psychicznie? Mieć jakoś inaczej skonstruowany mózg?
Są wyjątkowi ludzie, którzy myślą wychodząc poza schematy. Ale większość z nas, bo niestety mówię również o sobie, ocenia i wartościuje według tego, co widzimy i jak nam "się wydaje". Zmysł wzroku jest jednym z najsilniejszych i bezrefleksyjnie poddajemy się jemu. I chociaż jest to jakoś zakodowane w naszej naturze i przestawienie toku myślenia jest niezwykle trudne, to na pewno jest jedno, co możemy zrobić - starać się. Poznając nową osobę, o której nic nie wiemy, nie wyobrażać sobie jaka jest. Niczego nie zakładać. Nie wmawiać sobie, że powiedziała to, BO... Nie określać jej po tym, jak się zachowuje w jednej, określonej sytuacji, w której zawsze ją widzimy.
No, i wygląd. To co jest na zewnątrz, wielokrotnie zupełnie nie odzwierciedla tego, co dzieje się w głowie.
Oczywiście nie chodzi o to, że każdy człowiek na świecie jest super - chociaż to też jest relatywne - ani o to, że musimy lubić wszystkich i że nikt nie ma wad. Chodzi tylko o to, żeby dać sobie i drugiej osobie szansę na właściwe spojrzenie.
Ja osobiście marzę o tym, by być mądrzejszą i z chęcią - bo chyba jej najbardziej nam brakuje - poskramiać swoją nieomylną wszechwiedzę, robiąc miejsce na poznanie. Nie tylko zmysłowe.
* * *
Przy takich ludziach jak Marcin totalnie nie czuję się chora  Starajmy się mieć otwarte umysły, byśmy dla innych mogli stać się takim oparciem 

sobota, 14 grudnia 2019

Sprzedają mnie!

Sprzedają mnie!
🎼 Ten świat oszalał! 🎤

Tu się ludzi sprzedaje! 🤨

A konkretnie spotkania z nimi 

Pierwszy był Erwin, a teraz, Nicpoń, wystawia mnie (mam nadzieję, że nie do wiatru).

Krzyczałam i tupałam, że nikt nie będzie chciał się ze mną spotkać, ale jeżeli jednak ktoś zechce się poświęcić i oddać w tym celu cegiełkę dla Fundacji, to ja oddam się w czyjeś (bogate) ręce!

Erwin głosi, że o spotkanie z nim walczyły głównie kobiety, więc role trzeba wyrównać i dać szansę mężczyznom, ale ja w dobie LGBT preferuję oBIe płci!

Do spotkania dokładam książkę swą (co by Kupujący nie zanudził się patrzeniem na mnie) i obiad lub kolację 

Koszt wysyłki nie dotyczy  Mogę dojechać w prawie każde miejsce lub zapraszam do siebie.

Czas realizacji do uzgodnienia - w zależności od miejsca spotkania, warunków pogodowych i konstelacji gwiazd.

Licytację zaczynamy od 5zł.

Bitwa kończy się 15 grudnia o 21:00.

"Spotkajmy się przy wspólnym stole" 

‼️ UPDATE:‼️

Został już tylko jeden dzień promocji! Jutro specjalna okazja! Black Sunday! Kto da za mnie więcej?  Mamy już 350zł dla Fundacji!

Licytować spotkanie ze mną + obiad/kolację + moją książkę można tutaj: https://www.facebook.com/groups/HandmadeForHope/permalink/2480772705511683/

🎤When you come back to me. .? 🎤😃

środa, 11 grudnia 2019

Niech płynie, co płynąć powinno

Niech płynie, co płynąć powinno
Igła bardzo powoli wsuwa się w delikatną skórę drobnej dłoni. Przenika kolejne jej powłoki. Trafia w ściankę żyły brutalnie ją rozszarpując. Ponowne ukłucie, w stopę. Stopę, która nie zna szorstkości bruku, ani twardych kamieni. Stopę, która nie wie, co to ból, zmęczenie, zranienie.
Ponowne ukłucie obok już rozharatanej żyły. Naczynko pęka zostawiając na pocieszenie kolorowy ślad. Czy rzeczywiście pociesza? Nie wszystko złoto, co się świeci. 
Zaciśnięte oczy, prośba o chwilę odpoczynku, złapanie oddechu, rozluźnienie spiętych mięśni każdego fragmentu ciała. 
Nie ma litości. Krew musi spłynąć po szklanych ściankach szpitalnych probówek. Igła rozpycha się w kolejnym miejscu mamiącym nadzieją. Żyła roztrzaskuje się, jak miłość wyrzucona z serca do rozumu. 
Słychać kojące, żartobliwe głosy, pełne ciepła i zrozumienia, zapewniające, że to już ostatni raz, że podskórna nić wypełniła się. Następuje ponowne, niezliczone, ukłucie. 
Czerwona ciesz płynie szaleńczym tempem.

* * *

A łzy? 
Nie tym razem. Nie z tego powodu. 

* * * 

Utoczona krew pozwala na podjęcie kolejnego kroku. 
Łóżko, na którym jedzie bezwładne ciało obserwujące pęknięcia sufitu, przemierza piętra, korytarze i gapiów.
Wjeżdża do pomieszczenia wyposażonego w specjalistyczne maszyny i ludzi, którzy już poznają "rudy łeb", przyjaźnie witają. 
Spokojne oczy wpatrują się w ścianę obręczy Rentgenu. 
Czas mija. 
W uszach tylko huk maszyn.
Czas mija.
Zbyt długo przemija. 
Poczucie osamotnienia naddaje sercu przyspieszone tempo. 
Usta poruszają się w rytm "zdrowaś Maryjo". Dziesięciokrotne powtórzenie ze spokojem przymyka oczy. 
Nie, świadomość nie odpływa, sen nie przychodzi. Umysł pozostaje w pełnej gotowości. 
Gotowy przyjmuje kolejne ukłucie. Tym razem w bok. Tuż pod żebrami, utrzymującymi szkielet, jestestwo człowieka. Kłucie jest powtarzane, pogłębiane, zmasowane. Czuć rozpychanie się długiej igły w przestrzeni międzykręgowej... Ból się nasila, oczy rozwierają w niemym... zdziwieniu. 
I nagie - stało się! To, co stać się musiało. 
Igła trafia w nerw. Po nodze przechodzi ostry ból porażenia prądem. 
Z ust wyrywa się starosłowiański okrzyk. 

Jeszcze chwila na pełne zrozumienia głosy radiologów, czy ból mija. Moment na uspokojenie, że właściwe miejsce jest już zlokalizowane... i Spinraza  zaczyna płynąć. 

* * * 

A łzy?
Ani jedna. Nie z tego powodu 

* * * 

Z jakiego więc powodu płyną łzy?

Nie pamiętam kiedy płakałam z bólu fizycznego, albo z jakichś dziecięcych pobudek, że gdzieś nie pojechałam, czegoś nie dostałam, ktoś  nie spełnił mojego życzenia. 

TYLKO wtedy, kiedy serce jest przepełnione, moje oczy zachodzą łzami. 

Z wdzięczności. 
Radości.
Z miłości. 

Ze wzruszenia.
Że jest osoba... Nawet dwie.  A może więcej. 
Która da ci to, czego potrzebujesz najbardziej. 

Zapewnienia, że jesteś (naj)ważniejsza. 

Nawet, jeśli wciąż nie widzisz skutków - leczenia. Czegokolwiek. 
Jaka jesteś - taka jesteś wystarczająca. 
Z płynącymi łzami - z tęsknoty, z miłości, z bólu rozstania, pożegnania. Z suchymi oczami - ze zbuntowania, odpuszczenia, zrezygnowania.

Z silnym uściskiem dłoni lub delikatnym dotykiem opuszkami palców - jesteś warta by z Tobą (po)być.



* * *

Płynie we mnie trzecia dawka leku.  Moje ciało wciąż milczy, ale nadal mam nadzieję że odpowie na nasze oczekiwania :)



czwartek, 28 listopada 2019

CZAPLA dziękuje!

CZAPLA dziękuje!
Wczoraj otrzymałam drugą dawkę mocy, o którą równo rok temu walczyliśmy. Najpierw bój toczył się o powstanie leku. O badania kliniczne. O poszerzenie świadomości w Polsce na temat tak rzadkiej choroby, by rząd o niej usłyszał. O wprowadzenie go na polski rynek. O refundację jednego z najdroższych leków świata w Polsce. W końcu o to, by Nusinersen był refundowany dla WSZYSTKICH, niezależnie od wieku, ani stopnia choroby.
Dzisiaj Facebook przypomniał mi pamiątkowe zdjęcie, na którym moi znajomi trzymają kartki z napisem: "TAK dla terapii SMA w Polsce". Dzisiaj to się dzieje, rdzeniowy zanik mięśni jest (na szczęście) wciąż rzadką, ale już leczoną chorobą.
Dzisiaj ci znajomi świętują ze mną nasz wspólny sukces.
Mówi się, że zdrowie jest najważniejsze. Ale do czego byłoby potrzebne, gdyby nie służyło innym? Po co mamy być zdrowi, jeśli wokół nie ma ludzi, z którymi tym szczęściem możemy się podzielić?
Jestem szczęściarą, bo przechodząc przez przeróżne etapy mojego zwichrowanego życia spotykam ludzi, dzięki którym cały ten stres, kłucia, krew, rehabilitacja, wysiłek, podróże do szpitala, płacz, zniechęcenie, radość, uśmiech, nadzieja - mają sens.
A moja mama ma w tym udział... niewysłowiony. Bez niej nic bym nie zrobiła i nic bym nie chciała.
Za każdym razem, w każdym szpitalu spotykam cudownych ludzi, wspierających mnie, w jakiś sposób opiekujących się mną, trzymających za rękę, przytulających, którzy sami borykają się z niewyobrażalnymi problemami. Mających cały bagaż bardzo trudnych doświadczeń chorobowych i życiowych. Częstując się wzajemnie chipsami przegadujemy całe dnie i noce. Wymieniamy się telefonami (i książkami  na lata.
Czasem zdarza się też, że leżąc na szpitalnym łóżku jadę korytarzem na drugą dawkę leku i spotykam Ulę Urszula PawlikIwona Szafran i innych SMAków krzyczących "To Asia Czapla jedzie! POWODZENIA!!!" tak żywo machających, że czuję się silniejsza zanim jeszcze wstrzykną mi magiczny płyn 
To ludzie są sednem, otuchą, szczęściem.
Dlatego dziś, po kolejnym zastrzyku pokrzepienia cielesnego i duchowego, z podwójną mocą 💛DZIĘKUJĘ🧡 całym moim silnym mięśniem sercowym za Wasze wsparcie w postaci 1% podatku 
🕛 W momencie, gdy rok temu pomyśleliście o mnie, zaznaczaliście odpowiednie rubryki, pisaliście CZAPLA, 773 rozpoczęliście mój drobny sukces - leczenia i rehabilitacji. 💪
Teraz dzięki Wam mogę ćwiczyć z fizjoterapeutą aż 5 razy w tygodniu wylewając siódme poty, a przy okazji świetnie się bawiąc 🥳
Kochani, przekazując rok temu 1% swojego podatku na moje subkonto w AVALONie nie mogliście wiedzieć, jak wiele dla mnie robicie.
Wasze dobro sprawiło, że moje wygibasy - czasem nawet z dwoma facetami!  - dają pozytywne rezultaty nie tylko w moim ciele, ale również głowie, a przez to i ja mogę rozsiewać dobro dalej 


🏋️‍♀️ Przede mną jeszcze zakup nowego łóżka, montaż stelażu do ćwiczeń nad nim, a wtedy... All the powers of the universe, will be vested in me!

Hm, może po prostu - MOCY, PRZYBYWA! 🤺

środa, 13 listopada 2019

Stanęłam na starcie

Stanęłam na starcie
Szłam szpitalnym, warszawskim korytarzem. Mijałam zafrasowane twarze pacjentów. Patrzyłam na wiszące pod sufitem jarzeniówki dające zimne światło, które budziło pragnienie ucieczki i wracałam myślami do tamtych czasów, gdy mury szpitala stały się więzieniem nie tylko mojego ciała, ale także duszy.

* * *

Dwadzieścia osiem lat temu w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie wydany został wyrok głoszący, że pozostało mi 6 lat życia, które dopiero się zaczęło... I, że te lata spędzę w osamotnieniu, cierpieniu, zamknięciu. Wiecznej udręce, bólu i strachu. A powodem miał być nie abstrakcyjny potwór wykreowany przez ludzkie umysły. Nie zbrodnia, jakiej się dopuściłam przez ciemne zakamarki swojego charakteru.
Przyczyną miała być jedna z najcięższych i najrzadszych chorób świata: rdzeniowy zanik mięśni.

Choć subtelnie brzmiący i przyjemnie się kojarzący angielski skrót tej modyfikacji genetycznej SMA dawał chwile wytchnienia i radości, to wyrok wypełniał się z bezkompromisową konsekwencją.

Kolejne, obdrapane ściany szpitalne oglądałam z pozycji horyzontalnej dusząc się własną wydzieliną, której mięśnie oddechowe nie miały siły wyrzucić na zewnątrz. Na całym ciele czułam kłucie igieł bezceremonialnie wsuwanych w moje żyły. Nie wypracowane przez siłę rąk, niedotlenione - pękały. Bolały.
Czasem los bywał bardziej hojny pozwalając odpłynąć w błogą nieświadomość. Nieprzytomna, zmierzająca gdzieś w głębi do wypełnienia wydanego lata temu wyroku odpoczywałam od nieznośnej zmysłowości.
Nie czułam. Nie słyszałam. Nie widziałam. Nie cierpiałam.
Nie chciałam.

Lecz po kilku dniach wracałam. Do pikania maszyn, wrzasków pielęgniarek, upokarzania personelu. Do bólu. Każdej komórki.

Na każdym z etapów życia z wyrokiem były i pojawiały się osoby-anioły.
Nie, to nie próba nadania pozytywnego charakteru wpisowi. One czasem odchodziły, ale dzięki tym, które ze mną pozostawały nie umarłam mentalnie zawczasu.

Jednak po latach listopad znów się o mnie upomniał. Zamknął mnie na 12 dni w radomskim szpitalu, by wypuścić odrapaną z sił fizycznych i psychicznych.
Zarurkowaną.
Znikome mięśnie, które wcześniej pozwalały mi jeszcze na czucie się człowiekiem teraz znikły tak samo, jak blask w moich oczach.
Nie miałam siły obsłużyć komputerowej myszki, klawiatury, telefonu.  Nie miałam siły usiąść na szpitalnym łóżku. Pójść do łazienki. Ani o niej pomyśleć.
Nie miałam siły wydobyć z siebie głosu.
Ani  podnieść powiek.

Po tej frustrującej niemocy, wiecznych tęsknotach za czymś lub za kimś.  Po wzlotach i upadkach. Po chwilach ukojenia w czyichś ramionach i odnawiających się pożegnaniach.
Po rozstaniach z marzeniami...

...Stanęłam na starcie.

***

Tym razem kroczyłam korytarzami szpitala na Banacha - nazwy ulicy najczęściej wypowiadanej przez społeczność SMAków - z uśmiechem na ustach. Znajdowałam się w szpitalu bez paraliżującego lęku. Mijałam kolejne oddziały bez pośpiechu. Tym razem oddychałam swobodnie. Czułam się doskonale. Pierwszy raz w tych murach nie umierałam ze strachu o swoje życie.
Wręcz przeciwnie. Miałam pod skorą dreszczyk emocji na myśl, że idę sięgnąć po gilotynę do papieru, która zniszczy wyrok spisany 28 lat temu.

Miałam wrażenie, jakby cały personel oddziału neurologii był świadom tej przełomowej chwili, jaka za chwilę wydarzy się w moim życiu. Nikt nie czekał na pytanie, czy mama może spać ze mną na sali. Tam dla każdego jest oczywiste, że osoba z ciężkim typem SMA nie może pozostać sama na kilka godzin nie mogąc ruszyć szyją, ani donośnie zawołać.

Pielęgniarki wchodziły do naszej sali tylko po to, by porozmawiać, cieszyć się razem ze mną. Żartowały z "dzisiejszej młodzieży, która siedzi w telefonie jak tylko oczy przetrze z rana" patrząc na mnie z udawanym oburzeniem. Krzyczały wesoło, żebym kładła się na łóżko, a nie "latała im tutaj tymi długimi rzęsami po całej sali".

Będąc tak zaopiekowaną psychicznie na drugi dzień, po sprawnym pobraniu krwi i długiej rozmowie z dr Łusakowską oraz dr Aragon-Gawińską, które dokładnie wytłumaczyły, jak będzie wyglądał zabieg zjechałam na dół do sali z rentgenem.
Lekarze upewniwszy się, że nie chcę tabletki na uspokojenie rozpoczęli skomplikowaną procedurę układania mnie, robienia zdjęć i wybierania odpowiedniego miejsca do wkłucia w rdzeń kręgowy.

Po kilkunastu minutach, przy precyzyjnym odmierzaniu czasu spływania płynu mózgowo-rdzeniowego z mojego mózgu lekarze pieczołowicie otworzyli jeden z najdroższych leków świata.

Poczułam ukłucie w prawym boku, poniżej żeber. Byłam zaskoczona nietypowym miejscem podania leku. Spodziewałam się nieprzyjemnego uczucia w okolicy lędźwi.
Poczułam kolejne ukłucie w tym samym miejscu.  I kolejne, pogłębione .

Nusinersen zaczął płynąć do wnętrza mojego ciała :)

Po kilku minutach bólu, który nawet w jednej piątej nie był tak duży, jak świadomość, że nigdy nie wyciągnę ramienia, by przytulić ważną osobę - lekarze i asystenci zaczęli z entuzjazmem gratulować sobie nawzajem, mamie i mnie.
Doktor Łusakowska - życzliwa, choć powściągliwa osoba - stojąc przy mnie wyciągnęła telefon i z szerokim uśmiechem informowała kogoś, że wszystko się udało.

Mama wycierała oczy, doktor zawołała "do zobaczenia na górze", a ja zastanawiałam się: co dalej.

Ten lek nie spowoduje, że nagle zacznę chodzić. Raczej też nie stanę się całkowicie samodzielna. Może nie pozbędę się respiratora.
Ale jeśli będę mogła utrzymać w dłoni widelec, sama się nakarmić jedzeniem, którego nie będzie trzeba blendować. Lub jeśli będę lepiej i dłużej samodzielnie oddychać. Jeśli moja dłoń będzie miała więcej siły, by operować joystickiem wózka na dłuższych, samotnych spacerach. Jeśli będę mogła utrzymać telefon na siedząco i bez frustracji odpisać na wiadomość. Albo jeśli wreszcie dam radę spontanicznie ścisnąć ukochaną dłoń, to te najmniejsze objawy samodzielności będą ogromnym osiągnięciem współczesnej medycyny, i moim.

Zachowywałam bezpieczną, popunkcyjną pozycję, patrzyłam w sufit i rozmyślałam o tym, że do tej mojej osobistej, prywatnej chwili przyczyniła się Fundacja SMA, jej prezes Kacper Ruciński i reszta Załogi.
Myślałam też z lekkim... ukłuciem :)  smutku o tym, że kiedyś ktoś, komu chciałam w przyszłości pokazać siłę swoich ramion nie zechciał przebyć do mnie 500 metrów.
Gdy zastanawiałam się, czy Nusinersen jest tym, co może dać mi największe szczęście... zobaczyłam przed sobą dłoń, która przeleciała 8000 kilometrów, bym mogła ją uścisnąć :)

To nie bajka. To nie wymysł mojej mocno ograniczonej wyobraźni. To kumulacja szczęścia wczorajszego dnia.

12.11.2019 pewnie na zawsze zostanie w mojej głowie... wypełnionej życiodajnym płynem :)




sobota, 9 listopada 2019

Znalazłam Kluczyk do nowego etapu

Znalazłam Kluczyk do nowego etapu


🍁🌘☁️ Od 9 lat listopad był dla mnie traumatycznym miesiącem. W listopadzie wykonano mi tracheotomię i na resztę życia zostałam zarurkowana. W listopadzie 4 lata temu trafiłam na OIOM z zanikającymi funkcjami życiowymi. W listopadzie odeszły bliscy moi znajomi z SMA.
Listopad mnie przerażał. 🌧☔️
🌞 Do dziś.
Tym razem listopad przynosi mi nie śmierć, a życie, bo...
‼️❗️‼️ROZPOCZYNAM LECZENIE Nusinersenem‼️❗️‼️
W końcu dostałam ten upragniony telefon z zaproszeniem do wkroczenia w nowy etap życia  🥳
11.11 mam pojawić się się w warszawskim szpitalu, a 12 - jeśli nie będzie żadnych przeszkód - dostanę PIERWSZĄ DAWKĘ MOCY!!! 💉💪🍀
Proszę o dobre myśli, pozytywną energię, modlitwy, ciepłe słowa i mnóstwo dopingu, bo choć jestem podekscytowana, to też zdenerwowana - tym co będzie działo się wokół, już za kilka dni!  💝


sobota, 2 listopada 2019

Piękno na wózku

Piękno na wózku
Gdy jednego wieczoru znajoma Basia, prześliczna żona mężczyzny na wózku, którego niestety nie zdążyłam poznać, napisała: "Asiu, czy mogłabyś powiedzieć coś do kobiet na temat: pełnia kobiecości, czyli jak odkryć swoją rolę w świecie?" pomyślałam, że raczej nie jestem odpowiednią osobą, która może powiedzieć coś wiarygodnego w takim temacie.  Nie dlatego, że nie jestem kobietą, tylko dlatego, że niektórym ludziom wciąż trudno jest mnie tak postrzegać.
Ale także z tego powodu, że niestety, samej wielokrotnie ciężko jest mi tak się czuć.

Społeczeństwo, tworzy swoje kanony kobiecości, niezupełnie bez przyczyny. Trudno myśleć o osobie, która wymaga opieki takiej samej, jakiej potrzebuje niemowlak - nakarmienia, wzięcia na ręce, przeniesienia, umycia, wysadzenia - że jest w pełni kobietą.
Czasami odnoszę wrażenie, że świat stworzył na swoje potrzeby trzecią płeć (pomijając ideologię "gender") - mamy kobiety, mężczyzn i niepełnosprawnych. Odczuwam to chociażby wtedy, gdy idę do toalety w centrum handlowym. Za każdym razem mam ochotę otworzyć drzwi ze znaczkiem panienki w spódniczce. Ale nie, dla mnie przeznaczony jest ludzik, obojniak z kółkiem.
Wiem, że jest to tzw. skrót myślowy, architektoniczne uproszczenie, ale tęsknię za brakiem grupowania.

Chociaż na moim osiedlu czy w mieście już wszyscy przyzwyczaili się do moich szpilek, hybrydy na paznokciach i rudej koloryzacji włosów, to w obcym miejscu wciąż spotykam się z zachwytami nad tym, że po prostu dobrze wyglądam. Czy Wy, zdrowe koleżanki, też doświadczacie pełnych podziwu spojrzeń na widok Waszych pomalowanych rzęs? Chyba, że macie doklejone, sztuczne, to może się tak zdarzyć, ok.
Oczywiście ma to swoje plusy, bo ostatnio, gdy założyłam długi biały płaszcz, a na odkryte nogi w rajstopach włożyłam biało-srebrne, gigawysokie szpile to zagadywali mnie młodzi mężczyźni, Bułgarzy na targu i bezdomni.
Ale skąd się to bierze? Z prostego stereotypu, że niepełnosprawna kobieta myśli tylko o tym, którą cześć ciała będzie jutro ćwiczyć na rehabilitacji? I bynajmniej mięśnie Kegla nie są tu brane pod uwagę...
Że jedyną rzeczą godną uwagi dla takiej kobiety jest wybór odpowiednio szerokiego i wygodnego dresu?

Siedząc nisko na wózku wśród lasu zgrabnych, prostych nóg i braku możliwości wykonywania seksownych gestów odgarniania włosów przez zbyt słabe ręce nie jesteśmy postrzegane na równi. Dzieli nas jakieś 60 centymetrów.

Jednak to, co znajduje się w ludzkich głowach nie jest najgorsze, bo to jesteśmy w stanie zmienić, jeśli... we własnej głowie wszystko jest w porządku.

A trudno jest poukładać na pułkach, gdy masz słabe ręce.
Nie możesz zrobić nimi makijażu, uczesać tak, jak masz życzenie. Zakręcić koka, którego widziałaś u koleżanki. Zrobić na paznokciach dokładnie takie wzorki, jakie pokazywali na YouTube.
Trudno jest czuć się kobietą, gdy nie możesz sama zmienić podpaski, ani zapiąć sobie stanika. Gdy zawsze towarzyszy ci rodzic. Nawet, gdy masz 30 lat.
Trudno jest czuć się chociażby zwyczajnym, dorosłym człowiekiem, kiedy ktoś musi cię nakarmić i pomóc skorzystać z toalety. Co dopiero mówić o kobiecości.

Trudno umówić się na randkę, bo co będziesz na niej robić? Uczyć faceta jak ma włożyć ci... widelec do buzi, żebyś nie została upokarzająco wypaprana?  Oczywiście, taki dylemat będziesz miała dopiero wtedy, gdy w ogóle zaproponuje ci randkę, bo przecież kobiet na wózku z zasady nie traktuje się jak kobiet na nogach. Mimo, że nogi masz.

Ale czy przeszkodą w tym wszystkim naprawdę jest niepełnosprawność, czy sposób myślenia o niepełnosprawności?

Zastanawiając się, co w takim razie mogę powiedzieć na spotkaniu dla kobiet zadałam sobie pytanie czym jest kobiecość?

Im jestem starsza, tym bardziej zauważam, że kobiecość ma mniej wspólnego z wyglądem, a więcej z osobowością i stylem bycia. Nie neguję zupełnie znaczenia wyglądu, ponieważ przez wygląd rozumiem też podstawowe przejawy dbałości o siebie. Mój wygląd jest dla mnie ważny. Lubię dobrze wyglądać. W końcu to atrybut kobiecości. To my mamy poczucie estetyki większe, niż panowie. 
Natomiast  kobiecość nie jest dla mnie czymś, co zależy tylko i wyłącznie od ubioru. A już na pewno nie od ubioru, który odpowiednio odsłania to i tamto.
Kobieta, która jest pewna własnej siły, wiedzy i wartości, nie zwraca na siebie uwagi zbyt kusym strojem, a jednocześnie zawsze jest znacznie bardziej kobieca, niż jej koleżanka w sukience długości czapki.
Dlaczego? Bo ma inną broń. Przede wszystkim charakter, inteligencję, sposób bycia, wiarę w siebie (niesamowicie kobieca cecha), wiedzę, swobodę w rozmowie. Jeśli podkreśla swoją kobiecość strojem, to robi to subtelnie, adekwatnym do sytuacji makijażem, koronkowym wykończeniem bluzki, intrygującymi perfumami. Często też robi to głosem, świadomością swojego ciała i sposobem poruszania się. 
Wiecie w jakie zdumienie i onieśmielenie wprawił mnie kiedyś mój przyjaciel, obok którego przejeżdżałam wolno na wózku elektrycznym i mijając go nie spuszczałam z niego lekko zaczepnego wzorku pełnego udawanego oburzenia, a gdy skończyłam swoją demonstrację mruknął cicho, lekko się uśmiechając: "jak ty się sexy poruszasz..."?!
Zawsze myślałam, że na takiej kolumbrynie niemożliwe są seksowne ruchy!

Jak widać, trzeba być mądrym mężczyzną, żeby dostrzec w kobiecie nie zawsze oczywistą kobiecość. 

Kochane koleżanki na wózku, drogie zdrowe panie, mądrzy mężczyźni - kobiecość to coś znacznie bardziej eterycznego i ulotnego, niż to co widzimy oraz to, co możemy fizycznie wykonać.

sobota, 26 października 2019

Jak mnie nazywać?

Jak mnie nazywać?
Uczestniczenie w spotkaniach autorskich i "prelegencyjnych" za każdym razem niezmiernie mnie stresuje mimo, że odbywam je co jakiś czas już od trzech lat. Dzieje się tak dlatego, że do żadnego z nich, choćby najmniejszego, nie podchodzę lekceważąco. Każde traktuję bardzo poważnie, przygotowuję się do niego, odrzucam na kilka dni pozostałe obowiązki i staram się nie zmarnować czasu ludzi, którzy poświęcili go dla mnie.
Dwa spotkania, które nastąpiły w tym tygodniu dzień po dniu były diametralnie różne, co dla mnie jest może większą trudnością, ale też frajdą, bo nie ma monotonii w przekazie.
Adresatami pierwszego spotkania była młodzież dwóch klas integracyjnych liceum, którego jestem absolwentką. Drugie spotkanie skierowane było do pięknych, młodych kobiet.
Pierwsze moderowała osoba, która pomagała mi trzymać w ryzach szaleńcze tempo rzucanych dzikich pytań przez rozentuzjazmowaną młodzież... ;)
Drugie prowadziłam sama w części, która była dla mnie przeznaczona.
Spotkanie pierwsze odbyło się w luźnej, bardzo wesołej atmosferze, dużo żartowałam i po przesłuchaniu nagrania można odnieść wrażenie, że byłam na haju. Ale nic z tych rzeczy, Droga Młodzieży! Pamiętajcie, bez dopalaczy też można się świetnie bawić!
Spotkanie dla kobiet to już zupełnie inny klimat, ciepło, przyjaźnie, bardziej elegancko, ciszej, ciut poważniej, nastrojowo.
Każde było owocne inspirujące nie tylko moich słuchaczy, ale również mnie i z obydwu jestem bardzo zadowolona.

Postaram się stworzyć dwie części tych spotkań, dwa posty opisujące główny problem poruszany na każdym z nich.

***

Młodzież liceum im. Stanisława Staszica w Radomiu to mądrzy ludzie, których nie trzeba uczyć tego, jak traktować osobę niepełnosprawną, ponieważ mają wśród swojego grona osoby na wózku z różnymi niepełnosprawnościami. Skleiłam się i nie wiedziałam o czym mówić do świadomych głów. Byłam wdzięczna im za to, że SĄ NORMALNI - traktując normalnie innych.
Napomknęłam więc tylko o jednej rzeczy, która sieje zamęt w środowisku poprzez niestety same osoby niepełnosprawne, które będąc w pełni władz umysłowych są przewrażliwione na punkcie nazewnictwa.
Mianowicie chodzi o to, że od jakichś dwóch, czy trzech lat poprawność polityczna wprowadziła w obieg wyrażenie "osoba z niepełnosprawnością", które ma wypierać "osobę niepełnosprawną". Jest mi niewymownie miło, że dba się o mnie przynajmniej w zakresie terminologii i bardzo lubię to określenie. Jest kulturalne i wręcz ciepłe. Jednak gdy za wszelką cenę staramy się - my, osoby niepełnosprawne - wkładać do ust zdrowym ludziom takie, a nie, broń Boże, inne słowa, to stajemy się zaprzeczeniem tego, o co sami walczymy. O normalność w traktowaniu. Gdy zdrowy człowiek ma problemy w podejściu i zagadaniu do nas, nie wie jak to zrobić, to jeszcze większe zakłopotanie będzie odczuwał wtedy, gdy spotka się z upominaniem, zdenerwowaniem, niezadowoleniem, fochem, czy przedstawianiem mu kilku opcji do wyboru.
Oczywiście istnieją też słowa, które są nie do przyjęcia, takie jak: "kaleka", "inwalida", "kulawy", ponieważ są z definicji obraźliwe, a z natury niosą negatywny ładunek emocjonalny. Chyba wszyscy czujemy różnicę między "osoba niepełnosprawna", "osoba z niepełnosprawnością', a "kaleka". Niektórzy moi koledzy stojący po drugiej stronie przyciągania tej delikatnej liny powiedzą, że wymienione wyżej eufemizmy również z powodzeniem mogą być wprowadzane do obiegu, bo "trzeba mieć dystans do siebie".
Jednak osobiście uważam, że niezależnie od własnego dystansu w ten sposób uczymy ludzi mówić ludziom to, co ślina na język przyniesie, bez refleksji, szacunku do drugiej osoby i zachowania taktu. Bowiem nie możemy być pewni, czy dana osoba również ma zdrowy dystans do siebie i do nas, czy jest po prostu bezmyślna.
Człowiek, który posiada choć odrobinę empatii dostrzeże zgrzyt, gdy usłyszy, jak ktoś nazywa osobę puszystą "grubą", niewidomą "ślepą", upośledzoną umysłowo "głupią". I nie wydaje mi się, że popularny "dystans do siebie" ma tu jakieś znaczenie.
Jednak "osoba niepełnosprawna", a osoba z niepełnosprawnością", to niewielka różnica o którą nie warto kruszyć kopii i wprowadzać dodatkowe utrudnienia już i tak biednym, pogubionym, zdrowym, nie zrujnowanym przez naturę osobnikom.

To jest kwestia, w której należy dostrzec złoty środek, co jest najtrudniejszym zadaniem cywilizacji.

Uczestnicy spotkania w zupełności rozumieli różnicę między wymienionymi określeniami.  Zgodzili się też ze mną, że wydziwianie z tą niepełnosprawnością to głębsza filozofia, której motywy trudno zrozumieć.

Ze zdrową młodzieżą mieliśmy temat "zrobiony", natomiast bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie nastolatka na wózku, która chciała wyjść naprzeciw zachętom do zadawania pytań. Wyszła - w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Ponieważ w wieku 16 lat jest dużo zdrowsza i sprawniejsza ode mnie, to tocząc własnoręcznie koła swojego wózka podjechała przede mnie, chwyciła podany jej mikrofon i na forum zadała pytanie o czas, kiedy byłam nieprzytomna po tracheotomii. Prowadziła ze mną krótką rozmowę.
Wracając na swoje miejsce dostrzegłam, że wyciera z oczu wzruszenie.
Na koniec, gdy robiliśmy sobie wspólne zdjęcie z klasami, nauczycielami i cudownym panem Krzysztofem, kierownikiem biblioteki, szepnęła: "Dała mi pani siłę do walki. Dziękuję za to spotkanie".

To ja dziękuję. I zazdroszczę.
Nie tylko sprawności fizycznej, ale siły charakteru, odwagi, szczerości i wrażliwości.
Ja wciąż się ich uczę.









wtorek, 8 października 2019

Wiesz, że nie zwiędniesz

Wiesz, że nie zwiędniesz
Ileż to z nas - kobiet i mężczyzn, chorych i zdrowych - żałowało, że kiedykolwiek się zakochało.
Ile razy wypominamy sobie samej, że uwierzyłyśmy.
Jak często powtarzamy, że byłyśmy niepotrzebnie silne na tyle, by znów zaufać.
Jak bardzo byłyśmy głupie, mimo szeptów w koło.
Że to fake. Że wszystko nieprawda. Że to się nie uda. Że lepiej zaoszczędzić sobie cierpienia.

Mimo trwającego wciąż bólu jestem wdzięczna, że pokochałam, jak ta szalona. Że uwierzyłam, choć tak długo wierzyć nie chciałam.
Jestem wdzięczna za te kilka chwil, w których byłam szczęśliwa. Mimo ceny, jaką za nie zapłaciłam.
Za to, że moje serce pokazało mi, jak w ułamku sekundy potrafi ściągnąć pancerz. Że pokazało mi czym jest miłość.
Za to, że byłam wrażliwa.
Wrażliwość jest cnotą, nie głupotą, jak kiedyś myślałam.

Czy na każdym kroku słyszysz, że jesteś idiotką, że tak się dałaś "zrobić"?. Słyszysz ironiczne: "Ty, taka mądra, a taka głupia"? Nieustannie karzą Ci się biczować, że zwyczajnie, pokochałaś jak każdy normalny człowiek i konsekwentnie podejmowałaś działania z tym związane? Czy nie słyszysz co Ci "powinno wystarczyć"?
"Nie dość, że choroba".
"Nie dość, że dziecko".
"Nie dość, że praca".
Nie dość, że lekcje".
"Nie dość, że kredyty"
...to jeszcze śmiałaś się, kur**, zakochać?
Czy nie słyszysz tych inteligentnych rad, co "trzeba było"?
Że trzeba było słuchać.
Trzeba było myśleć.
Trzeba było być mądrzejszą.
Trzeba było to, trzeba było tamto...
Trzeba było poprowadzić polemikę z serduszkiem, zaplanować debatę, omówić wszelkie "za" i "przeciw" i wyciągnąć wspólne wnioski.
Cieszmy się, że byłyśmy idiotkami. Bo tylko idiotki potrafią być bezgranicznie dobre.

Nawet jeśli popełniłaś błąd, nawet, jeśli popełniłaś całą serię błędów, to w największej mierze sama za nie już zapłaciłaś. Każdy człowiek ma prawo do błędów. Zakochana kobieta tym bardziej nie potrzebuje prawnika. Każdy z nas ma również obowiązek wyciągać lekcję z doświadczeń. Odrobisz ją i Ty, bo wiesz, że dzięki temu to Ty odniesiesz największą korzyść.
Zostań idiotką. Ale wykorzystuj to umiejętnie.

A teraz podziękujmy naszej Miłości i puśćmy wolno, Wariatkę nieznośną. Która serce złamała, choć na początku o tym nie myślała. Puśćmy ją, bo to już przeszłość. To już było. Ta sama miłość więcej nie wróci. Należy do przeszłości. Przeszłość nie należy do nas. Przeszłość musimy zostawić. Jej tu nie ma. Jest za Tobą i za mną.
Nie pamiętaj złego, które szarpie Ci wnętrzności.
Nie pamiętaj dobrego, które będzie chciało ujarzmić Twoją duszę.
Nie pozwól tamtej Miłości płynąć w Twoich żyłach.
Oddychać Twoimi płucami.
Po prostu zostaw przeszłość z tamtą Miłością.
Teraz trzeba zacząć wierzyć w Teraz.
Czas znów stać się idiotką i uwierzyć w świat wokół.
Jesteśmy na to gotowe.
Bo najpiękniejszy i najrzadszy kwiat to ten, który kwitnie mimo przeciwności losu.
Copyright © ACZkolwiek - kocham życie! , Blogger