Ads 468x60px

sobota, 20 sierpnia 2016

Prezent za i na 5 lat.

Chciałam w spektakularny, doniosły i wyraźny sposób podkreślić datę 15 sierpnia (dla niektórych ważną z zupełnie innych powodów), dla mnie podwójnie ważną, ponieważ w tym dniu, tego roku minęło równe 5 lat od założenia bloga.

Chciałam, ale się znów nie udało zrealizować moich blogowych postów, ponieważ musiałam nagle ogarnąć sobie życie, a to wymaga poświęcenia i czasu, i pomysłów, i emocji.

Ale!
Niech blog przeżyje swoje urodziny! A żeby je uczcić w skromny sposób, to na jego łamach pragnę podzielić się z Wami oficjalną wiadomością, że już wkrótce - miesiąc lub dwa - pojawi się świeżutka, pachnąca, wypacykowana książka z największą ilością tekstu, jaki kiedykolwiek wyprodukowałam.
Gdyż podpisałam umowę wydawniczą :)
Nie mówię, że będzie to bestseller, po przeczytaniu Gandhi'ego jestem wręcz zażenowana, że zdecydowałam się coś takiego puścić w świat, czuję jak bardzo treść książki - w niektórych momentach - jest niedojrzała i niedoskonała, ale jeśli znajdzie się choć jedna osoba, której się książka nie tyle spodoba, co w jakikolwiek sposób wniesie coś w jej wnętrze, serce, to moje zażenowanie choć odrobinę zmaleje.
Jest moim marzeniem, żeby przez nią komuś pomóc, żeby coś zmienić, żeby coś stało się lepsze, żeby zostawić DOBRY ślad po sobie. Ślad, który będzie miał znaczenie wielkości choćby ziarnka piasku. I wiem jak zuchwałe są moje marzenia.
Nie mówię, że wszystko, co się wokół niej dzieje i będzie działo nie cieszy mnie.
Pewnie, że mam mnóstwo radości i satysfakcji z każdego miłego słowa i zainteresowania. Choć, gdy to słyszę również jestem zażenowana. Cieszę się na samą myśl o przyszłych spotkaniach, promocji książki, rozmowach, ale jestem w tym wszystkim spokojna. Na falę hejtu też się przygotowuję :)

Tymczasem jestem na urlopie, wyjeżdżam, załatwiam sprawy, które dawno powinnam załatwić, nadrabiam zaległości starych znajomości i kompletnie nie mam czasu na nowe, które czekają.
I o których tak bardzo chciałabym tu napisać.

Wkrótce.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Wpis NIE dla wrażliwych SMAków

Jeżeli jesteś chory na SMA, nie wiesz, czym jest Twoja choroba i jakie są jej konsekwencje oraz masz obniżony stopień odporności psychicznej - nie czytaj dalej.

Wiem, że i tak czytasz, więc ewentualne skargi proszę kierować do tzw. Życia.

Wydarzenia ostatnich kilku dni wstrząsnęły społecznością SMA. Z jednej strony pojawił się news o leku Nusinersen, który przeszedł BARDZO pozytywnie badania na chorych z najcięższą postacią i za relatywnie niedługi czas ma zostać wprowadzony do aptek dla nas - tzw. Jedynek. Bez ograniczeń wiekowych, oddechowych (respirator), ani bez względu na stan zdrowia.
Ja osobiście nie wpadam w euforię i myślę, że większość z nas podchodzi do tego z dużą dozą ostrożności i dystansu, ale nadzieja się pojawiła.
Jeśli nawet my tego nie doczekamy, to kolejne pokolenia będą mogły żyć szczęśliwiej i spokojniej. Coś w dziedzinie genetyki się ruszyło.

Z drugiej strony, oprócz nadziei pojawiła się śmierć.
Wszyscy zdajemy sobie sprawę jak potworny jest Rdzeniowy Zanik Mięśni, jaki wpływ ma na całe ciało, na cały organizm, bo WSZĘDZIE, oprócz głowy, są mięśnie.
Powinnam pewnie mówić za siebie, ale myślę, że nie tylko w mojej głowie od czasu do czasu pojawiało się pytanie: "kto pierwszy?".

Dzięki Przemkowi, założycielowi i Administratorowi naszej grupy na Facebook'u możemy się poznawać, wymieniać doświadczeniami, problemami, rozwiązywać wspólnie problemy dotyczące SMA i nie tylko, zawiązujemy sympatie, antypatie, a nawet przyjaźnie.
Gdy się wejdzie w ten świat wydaje się niemożliwym, by nie myśleć co może się - w krótszym lub dłuższym czasie - stać z tymi ludźmi.
KIEDY? JAK?

Do tej pory, mam wrażenie, żyliśmy dość beztrosko. Oczywiście problemy zawsze były i są, ale nagle zorientowaliśmy się, że nie zawsze będą. Że w końcu wszystkie się skończą.

Przemek umarł w środę, w bardzo trudnym emocjonalnie dla mnie dniu. Gdy ja wylewałam Niagarę z oczu on umierał.
Był dokładnie w moim wieku, urodził się w tym samym roku i w tym samym miesiącu, od kilku lat oddychał za pomocą respiratora. Przez pewien czas mieliśmy ze sobą dobry i intensywny kontakt. Dużo rozmawialiśmy, zadziwiająco dobrze się rozumieliśmy.
Przemek wymiotował, miał podejrzenie grypy żołądkowej, niby nic. Nagle serce się zatrzymało.
I koniec z SMA.

To był szok dla wielu z nas.
Gdy umierają malutkie dzieci z tą chorobą... głupio mówić, głupio brzmi, to jest zawsze straszny ból dla rodziców, jednak w jakiś sposób jest to bardziej zrozumiałe. Teoretycznie im wcześniej choroba zaatakuje, tym krócej trwa... Dzieci są zbyt słabe, by przetrwać.
Gdy umiera dorosły, zwłaszcza pierwszy w naszej świadomości... następuje wstrząs, uderza realizm rzeczywistości.

Na drugi dzień dowiedziałam się o Sylwii. Koleżance, z którą w stałym właściwie kontakcie byłyśmy od kilku lat. Na przełomie roku zmarła jej mama, Sylwia znalazła się w DPS.
Trzy tygodnie temu Sylwia napisała do mnie w sprawie bloga. Chciała prowadzić swój pamiętnik, posty miały się pojawiać zawsze przed północą. Myślałyśmy nad tytułem. Sylwia chciała, żeby się nazywał "Pisane w świetle księżyca". Blog nie zdążył powstać. Teraz jej Księżyc świeci na innym Niebie...
Była kilka lat starsza ode mnie i o wiele bardziej ode mnie zdrowa. 
Podobno miała infekcję gardła. O 16:00 wszystko było w porządku, o 18 pielęgniarka znalazła ją w pokoju martwą. Nagle serce się zatrzymało. 
I koniec z SMA.

Do tej pory nie mogę uwierzyć. 

Na  Konferencji SMA, za dwa tygodnie, uczcimy wszystkich zmarłych minutą ciszy. 
To pierwsze takie wydarzenie, nasz pierwszy smutny, straszny, przygnębiający raz. 

O obu śmierciach wspomniałam na swoim profilu na FB.
Raz, aby pokazać, że potrzebujemy Was, zdrowych do naszej walki, że jest o co walczyć, że walka może odnieść zwycięstwo i by zachęcić, poprosić o dołączenie do niej. 
Prosimy, dołączcie do nas, kibicujcie, szerzcie wiedzę na temat Rdzeniowego Zaniku Mięśni. Im będzie głośniej o tej rzadkiej chorobie, tym większe prawdopodobieństwo na dofinansowanie leku przez NFZ.

Drugi raz, żeby po prostu w ten marny sposób uczcić pamięć o koleżance.

Pojawiły się komentarze jakieś takie... że niby chcą mnie pocieszyć, ale forma nie odpowiednia.
Pomijając fakt, że żadne pocieszenia nie były mi potrzebne, nie pisałam tego dlatego, że zaczęłam się rozsypywać, to i tak trochę delikatności by się przydało, w razie, gdybym rzeczywiście potrzebowała wsparcia. Bo jeśli już, to subtelnego, wirtualnego przytulenia, a nie drastycznego potrząśnięcia, bo komuś się wydaje, że słowem "Aśka!" przywoła mnie do porządku i w ten sposób mi pomoże.
Ale doceniam dobre chęci, bo wierzę, że to było w dobrej wierze.

Jednak zdumiał mnie komentarz kolegi z SMA, nastolatka. Napisał, że wspominając śmierci kolegów odbieram nadzieję innym...
No, nie ja wymyśliłam SMA, nie ja nim dysponuję, nawet nie rozsiewam ponurych wizji o konsekwencjach zaniku, bo nie muszę - prawie - wszyscy je znamy. Stwierdziłam tylko fakt. Poza tym kolega należy również do naszej grupy i jeśli przed moim postem o tym nie wiedział, to wkrótce by się dowiedział.
Ja też bym bardzo chciała, żeby ktoś rozłożył nade mną parasol ochronny, żebym żyła w słodkiej Idylli i miała wciąż nadzieję... Ale tak się nie da.
Rozumiem, że kolega jest jeszcze bardzo młody i nie przeszedł wielu doświadczeń, dlatego w delikatny sposób sama postarałam się zejść mu z oczu, bo niestety nie mogę obiecać, że specjalnie dla niego będę wszystkie przykre rzeczy związane z naszą chorobą chować w skrytości serca, aby nie złamać jego delikatnego wnętrza.
Mam nadzieję, że sam się postara wyeliminować ze swojego życia wszystkich związanych z SMA, bo inaczej nieuchronnie ochronny parasol się zamknie...

A tymczasem doszłyśmy z mamą do wniosku, że moja choroba wreszcie nabrała znaczenia... :)

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Rok za mną

Moi Drodzy,

ponieważ od początku studiów towarzyszycie mi na tej drodze, to wreszcie po postach o Rzymie pragnę Was zawiadomić, że Wasza wiara we mnie nie uległa marności :)
Zdałam wszystkie przedmioty w terminie, zaliczyłam rok.
Mam za sobą nawet najtrudniejszy egzamin, co do którego miałam pewność, iż będę pisać poprawkę we wrześniu tak, jak większość roku. 

Przez cały rok, począwszy od feralnego listopada (choć to nie jest główna przyczyna), było bardzo ciężko, nie tak to sobie wyobrażałam i nie tak to wszystko powinno wyglądać.

Na razie mam wakacje i trudną decyzję, czy iść dalej. Walczyłam o te studia, zależy mi na nich, ale są rzeczy ważniejsze. Jestem rozszarpana wewnętrznie.
Jeszcze nie wiem, co zrobię, ale jeśli zrezygnuję ze studiów, wówczas przedstawię wszystkie tego, racjonalne powody.

Tymczasem dziękuję za wsparcie. 

niedziela, 17 lipca 2016

Człowiek człowiekowi potrzebny do szczęścia

Dwukrotne spotkanie z papieżem jest przejmującym wydarzeniem i ma swoją wartość. Widzieć i dotykać Namiestnika Chrystusa... no, jest to wielkie przeżycie.
 Ale konkretne spotkania z konkretnymi ludźmi dla mnie są równie ważne.
To my, zwykli ludzie, tworzymy, projektujemy i pchamy ten świat w różne strony. Gdy widzę jak ludzie różnych kultur, religii, ras, płci, narodów i języków starają się pozostać człowiekiem i zachować ludzką twarz w tak trudnym świecie, to nie przestaję się zachwycać.
Każdy bezinteresowny uśmiech spotkany na ulicy, w metrze, sklepie lub w "tunelu bezdomnych", każda opowiedziana, osobista historia, każda para oczu niosą ze sobą całe tony niezwykłych informacji.
Poznawanie ludzi, ich problemów, życiowych dramatów, ale też zwyczajnych spraw, którymi zajmują się na co dzień, rozmawianie z nimi, żartowanie, to coś, co do głębi mnie zajmuje, cieszy i zachwyca.
W gruncie rzeczy, to jest to, co najbardziej lubię w podróżowaniu. Nie zwiedzanie wspaniałych budowli, pięknej przyrody, ciekawej infrastruktury, próbowanie nowego jedzenia... To wszystko jest super, ale bez spotykanych przy tych czynnościach ludzi nie ma żadnego znaczenia.

I tak, przechodząc codziennie w drodze na Watykan (wszystkie drogi prowadzą na Watykan, stamtąd mieliśmy przystanki autobusowe, metro i wszelkie inne kierunki) przez tunelik, pod którym w nocy spali bezdomni, a w ciągu dnia przy akompaniamencie niezależnych "grajków" (chociaż zdaję sobie sprawę,jak bardzo to słowo w tej chwili nie pasuje) przewijały się tabuny turystów słyszałam i widziałam kilka razy około 30-letniego mężczyznę z kucykiem i gitarą. Jego głos na tyle przyciągnął moją uwagę, że poczułam nieodpartą chęć poznania go osobiście.
Jednak wieczny pośpiech, presja by zdążyć tu, dotrzeć tam nie pozwalała na zatrzymanie się przy nim choćby na chwilę. Codziennie go mijałam i codziennie coś mnie szarpało wewnętrznie, nie dawało spokoju.
W przedostatni dzień pobytu wracaliśmy późną nocą do pokoju, baterie respiratora były już na wyczerpaniu, spieszyliśmy się więc niemiłosiernie, a tu On znowu grał... Ja, to bym jeszcze zaryzykowała, ale wiedziałam, że każdy z moich towarzyszy będzie pukał się w głowę, że chcę się teraz zatrzymywać tylko po to, by pogadać z jakimś gościem. Pomyślałam więc, że został jeszcze ostatni dzień mojego pobytu w Rzymie, ostatnia szansa, że się z nim spotkam. Może jeszcze jutro tu będzie, a jeśli nie... życie.
 Jaka była moja radość, gdy ostatniego wieczoru wracając znów z dnia pełnego wrażeń usłyszałam z daleka ten dźwięczny głos.
Ustawiłam się do zdjęcia, jakieś takie miałam pragnienie, żeby nie stał sztywno, tylko kucnął przy mnie, ale nie wiedziałam jak po włosku o to poprosić... Nie musiałam, bo momentalnie sam to zrobił, objął mnie ramieniem (a w moim przypadku jest to bardzo rzadkie zjawisko) i przez kolejnych parę minut się nie  podniósł. 
Roberto Bahia pochodzi z Hiszpanii i wraz z rodziną uciekł, by zarabiać we Włoszech, ponieważ z powodu sytuacji finansowej chcieli mu zabrać dziecko.
Rozmawialiśmy po angielsku, miał przemiłe spojrzenie i spokojny głos. Ponieważ nie mogłam znieść myśli że już nigdy tego głosu nie usłyszę, to, kupiłam jego płytę "Beyond the clouds the sun shines", którą pomógł mu wydać Jałmużnik Papieski ks. Krajewski, a z tym kilka dni wcześniej miałam okazję się spotkać, dzięki drogiemu Enzo, o którym później.
Roberto zagrał dla mnie własnoręcznie skomponowaną piosenkę, a gdy śpiewał spoglądając mi w oczy miałam dreszczyk :)

video
Roberto to wyjątkowy człowiek z wyjątkową historią i w jakiś sposób do dziś trzyma mnie za serce, ale takie zwyczajne uśmiechy rzędów motocyklistów zatrzymujących się na czterech pasach jezdni, gdy koło nich przechodziłam lub taka prosta sytuacja, jak poniższa sprawiają, że z ludzi zrobiłam sobie pasję :):
Idę na metro, przy schodach jest guzik, którym się przywołuje pana, który obsługuje schodołaz.
Przy guziczku jest kamerka, aby pana upewnić, że przy guziczku rzeczywiście stoi wózek. Wujek żartuje sobie: "weź powiedz dzień dobry, przywitaj się, czy coś". Więc wielce rozbawionym tonem sama do siebie mówię: "Heeeeeeello! Ciaaaaaaao!"
Kamerka wesoło odpowiedziała:
- "CIAO BELLA!"
Nie mogliśmy się opanować ze śmiechu, ale gdy pan pojawił się już na horyzoncie i z nieśmiałym uśmiechem mi pomachał, to myślałam, że popuszczę:)

Dla niektórych to pewnie nic wielkiego, dla mnie radosne usposobienie pracownika metra jest czymś mega :)

Przez mojego Enzo poznaliśmy mega-prze-fantastyczną rodzinę polsko-włoską. Ewa - Polka, miała nam służyć jako tłumacz na granicy Enzo-Asia, a okazało się, że razem z mężem Włochem i dorastającymi synami stali się naszymi przewodnikami po Rzymie i wszyscy nie możemy się doczekać kolejnego spotkania.
Wspólna kolacja na zaproszenie mojego Włocha 

Z wujkiem i Francesco, mężem Ewy, latałam po ruchomych schodach w metrze z prędkością Pendolino, oglądaliśmy Watykan przez dziurkę od klucza (naprawdę jest takie tajemnicze miejsce w Rzymie)
A biegając nocą rozświetlonymi ulicami staraliśmy się uczyć nawzajem języków, kultur i siebie.

No i Enzo - mężczyzna, z którym kojarzy mi się Rzym. Włoch, który jest ważną częścią mojego życia. 
Vincenzo Dominici, mój przyjaciel "Enzo", emerytowany Kawaler Maltański, którego pierwszy raz poznałam 16 lat temu, jako dziesięciolatka. Po tylu latach dopiero teraz dowiedziałam się, że nigdy wcześniej i nigdy później nie zdarzył mu się drugi przypadek, aby pomógł się dostać do papieża jakiejś osobie, tak jak mnie w 2000 roku do Jana Pawła II.
Byłam jedyną dziewczynką, o którą zawalczył w całym Watykanie i z którą wciąż utrzymuje tak fantastyczny kontakt 
Enzo czekał na mnie pod bazyliką św. Piotra zaraz na drugi dzień po przylocie do Rzymu, chciał mnie zaprosić na randkę, ale ponieważ zabawa z respi i ssakiem nie zawsze jest taka fascynująca, jak bym chciała, to nie mogłam oddać mu się całkowicie, poszliśmy wszyscy na lody, kolejnego dnia na kolację. Jeszcze innego dnia Enzo nie wypuszczał wózka z rąk i robił ze mną co chciał. Opowiadał tajniki bazyliki i wprowadzał w historyczne meandry Rzymu, na tyle, na ile mogłam zrozumieć po włosku. Poznał mnie ze swoją blond-miłością - Gemmą i włożył mi smycz do ręki ku radości swojej, mojej i wszystkich dokoła :)





















Robił sobie ze mną zdjęcia przy każdej, nadarzającej się okazji, obsypywał prezentami, bez przerwy mówił: "Asia, sei boss numero uno", zaprosił mnie do swojego prywatnego mieszkania, co bardzo mnie zaskoczyło i wywiesił w drzwiach kartkę na przywitanie:


Enzo był cały dla mnie i cały mój. 
Ostatniego dnia, przed przyjazdem taksówki po nas na lotnisko przyjechał się ze mną pożegnać i pierwszy raz poznałam jego córkę. 
Przepłakałam przez niego całą drogę na lotnisko :)
Enzo też.

Spotkań z ludźmi było całe mnóstwo, a tu tylko małe zestawienie kilku najbardziej wrytych w pamięć:

Pan nr 1. poczęstował mnie winem na ulicy, między budynkami, na tak zwanym Zatybrzu, gdzie gwar i chaos nie męczą, a kojarzą się z meksykańskimi, tanecznymi klimatami.
Pan nr 2. jest pracownikiem najsłynniejszego serwisu fotograficznego w Rzymie L'Osservatore Romano. Na audiencji 08.06 rozdawał ulotki informujące w jaki sposób można u nich odebrać zdjęcia, a na Mszy jubileuszowej 12.06 radośnie się zaśmiał, gdy rozpoznał mój rudy łeb. 14.06, gdy przyszłam do studia po odbiór zdjęć przeleciał kolo mnie i cyknęliśmy fotkę.
Panów nr 3. - Hiszpana Roberto, który dla mnie zaśpiewał własnoręcznie skomponowaną piosenkę i 4. "metrowego" od gadającej kamerki - już znacie.
Pan nr 5. jest policjantem/strażnikiem i zawołał do mnie, gdy przechadzałam się pod palmami Ogrodów Watykańskich.
Pan nr 6. Co prawda nie jest Włochem, ale też fajny :) Towarzyszył mi i pomagał w podróży po Rzymie.
No i PAN NUMER 7, 8, 9 - chociaż powinnam napisać "Boss numero uno" :)

 Wszystkich spotkań nie dało się uwiecznić na zdjęciach,  ale wszystkie są w mojej głowie. 
Kiedyś, gdzieś, na pewno jeszcze się spotkamy.

sobota, 9 lipca 2016

Always HOPE - never EXPECT

Już następnego dnia po przylocie, w środę, na audiencji generalnej na placu św. Piotra spotkałam się z papieżem.
Oczywiście nie zawsze jest tak łatwo, na Watykanie bardzo wiele się zmieniło od czasu, gdy byłam tam 3 lata temu, zostały zaostrzone procedury zapewniające bezpieczeństwo, wszędzie stoją karabinierzy i bramki, jak te na lotnisku, nie ma tak nagminnego i łatwego kontaktu z papieżem.
Zdaję sobie sprawę, że nie jestem żadnym wybrańcem losu, tylko po prostu znam znakomitych ludzi, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli robili wszystko, żebym znalazła się jak najbliżej Papy, ale oni sami nie byli pewni jak to wyjdzie.
Zostałyśmy z mamą prowadzone przez straż watykańską coraz dalej i dalej, aż kolejny raz znalazłyśmy się tuż przed schodami prowadzącymi do ołtarza.
Nadal nie było wiadomo, czy Franciszek wyjdzie do ludzi, ponieważ jest to uzależnione od jego planu dnia, czasu i kondycji fizycznej, mówili nam, że teraz często zdarza się, że prosto po audiencji wraca do siebie.
Ale stojąc w słońcu przed bazyliką, patrząc znów na te kolumny i rzeźby na jej szczycie, na kocie łby i mając świadomość, że przede mną jeszcze cały tydzień w tym boskim mieście wśród tych radosnych twarzy naprawdę zupełnie wystarczał mi fakt, iż stoję przed ołtarzem.
Jednak wszyscy zaczęliśmy krzyczeć z nieoczekiwanej radości, gdy Biały Ojciec wszedł w naszą alejkę :)

 PS. Powiedziałam do niego: "Papa, voglio bere un caffe con te", odpowiedział mi jakieś dwa wyrazy, ale tak cichutko, że nie usłyszałam :)

4 dni później, 12 czerwca miała się odbyć Msza Jubileuszowa dla osób chorych i niepełnosprawnych. Zamawiając bilet na lot nie miałam o tym zielonego pojęcia, dowiedziałam się przez zupełny przypadek niedługo przed podróżą i jakoś tak dziwnie wzięło mnie na to.
Rozmawiając ze znajomym moich rodziców, księdzem pracującym na Watykanie w Kongregacji Nauki Wiary poprosiłam, że jeśli udałoby się załatwić jakiekolwiek bilety na tę Mszę, to byłabym szczęśliwa, nie oczekiwałam wiele.
Ksiądz Albert z rozbrajającym, tajemniczym uśmiechem szepnął konspiracyjnie: "Udało mi się dostać takie bilety, że powinniście być zadowoleni".
 Znów prowadzili nas przez rzędy ludzi na wózkach, w którymś momencie jeden strażnik zatrzymał się, żeby porozmawiać z drugim i byłam przekonana, że już tu nas zostawią, i tak było blisko, i tak już bym się cieszyła, jednak poprosili, żebyśmy szli dalej za nimi i w końcu, gdy zorientowałam się, że zmierzamy do - już tak mi dobrze znanego - bocznego podjazdu prowadzącego na górę, do ołtarza, wiedziałam, że bliżej mogą być już tylko ministranci służący do Mszy :)
Rodzice mojej Oli (o Oli tu i tu), którzy na Rzymskie Wakacje pojechali z nami, siedzieli na górze kilka rzędów dalej - bliżej się nie da :)
video Franciszek po zakończeniu Mszy znów do nas podszedł (w ciągu 4 dni i jednego pobytu widziałam się z nim 2 razy), a fotograf, który już zapamiętał mój rudy łeb puszczał mi oczko i stale się do mnie uśmiechał :)
video
Na filmiku widać, jak pan daje Franciszkowi jakiś prezent. Następnym razem ja mu dam swoją książkę ;)

Oczywiście, gdy szłam między rzędami innych chorych z "VIPowskim" identyfikatorem na piersi, gdy znalazłam się przed ołtarzem razem z jakimiś 20 innymi chorymi (nie zawsze ma wózku) i patrzyłam ile w dole jeszcze jest takich, którzy nie mieli tego szczęścia, co ja, to czułam się jakoś tam wyróżniona. 
Ale wiem, że sama nic bym nie zrobiła. To CI wyjątkowi ludzie są moją siłą. 

niedziela, 26 czerwca 2016

Przelecieć (się)



Wróciłam  do domu z kolejnymi wspomnieniami, przeżytymi przygodami, nowymi znajomościami i czytelnikami :)

Wszystkiego nie da się opisać, ale spróbuję wrócić wspomnieniami do subiektywnie najważniejszych momentów. 

Zaczynając od początku – lotnisko w Modlinie jest kompletnie niedostosowane do ludzi na wózku.
Wchodziłam na pokład ostatnia – jak nakazują ustawy linii Ryanair – I to już na wstępie jest pomyłką.
Gdy wreszcie pozwolili nam opuścić terminal słońce wisiało nad horyzontem,  a ja w powiewie wiatru szłam prowadzona przez służbę do szumiącego Boeimga.
Przy schodach do samolotu czekało na mnie coś w stylu krzesła zbitego z poziomej i pionowej deski, a przy nim rześcy panowie gotowi mnie na tym czymś nieść po schodach. Nie było tak zwanej „windy”, która podjeżdża pod same drzwi samolotu, więc jedynym wyjściem było wniesienie mnie na rękach i osobno mój sprzęt. Samolot był wypełniony po brzegi, a nasze 4 miejsca rozstrzelone po całym pokładzie mimo, że zgłaszałam, iż będę podróżowała z osobą towarzyszącą i oczywiście wiedzieli poprzez sprzęt, który wniosłam ze sobą na pokład jak bardzo zaawansowana jest moja niepełnosprawność. Wisiałam na rękach na środku wąskiego korytarza patrząc na cały pokład siedzących ludzi, aż wreszcie ktoś z nich się podniósł i z życzliwością zamienił się z nami miejscami, żebyśmy mogli siedzieć obok siebie. Obsługa stała bezradna.
Oprócz tego robili problemy,  gdy chcieliśmy zabrać z wózka stojącego przed schodami na dole baterie dodatkowego do respi – wszystkie papiery na każdy sprzęt mieliśmy przy sobie i wszystko zgłaszałam im wcześniej co najmniej 7 razy. 

Na lotnisku w Rzymie – bajka. Mój własny wózek już czekał na mnie w samolocie, prosto z fotela przesiadłam się na niego, asystent osoby niepełnosprawnej złapał mnie, wprowadził elegancko do windy, zwiózł z niej i prowadził przez całą drogę do odbioru bagażu.
Pożegnał się przemiło tym cudnym „Ciao, bella!”.

Nigdy nie uwierzę, że reinkarnacja nie istnieje – w przyszłym życiu będę żyć tam ;)

W drodze powrotnej było dokładnie tak samo – Rzym-bajka. Pani przy odprawie od razu zwróciła się bezpośrednio do mnie „Do you sapek English?” i wytłumaczyła, że winda będzie czekała na mnie przy wejściu do samolotu itp. W tejże windzie wytłumaczyłam supersympatycznemu innemu panu asystentowi, że muszę siedzieć z osobą towarzyszącą. Wszedł na pokład, poprosił ludzi o przesiadkę i oznajmił z szerokim uśmiechem, że wszystko jest już uzgodnione. Weszłam na pokład na miejsce z tyłu samolotu, więc nie trzeba mnie było daleko nieść i wszyscy czworo siedzieliśmy koło siebie :)

W Modlinie znów windy brak i znów te ponure miny.
Jedyne, co mi się tam podobało, to kontrola wyjęta z filmu sensacyjnego. Pani kontrolerka w mundurze prosiła, żebyśmy z mamą szły za nią, wprowadziła nas do kanciapy i wraz z drugą policjantką wymacały mnie wzdłuż i wszerz, wstałam z wózka, sprawdziły jego wnętrze, rurki i wypuściły. Były bardzo miłe i szczerze zainteresowane moją chorobą.Nie mogąc się powstrzymać od śmiechu zapytałam, czy wyglądam na terrorystkę. W ogóle cały czas się uśmiechałam, strasznie mi się podobała ta zabawa. 
W Rzymie natomiast nie dotknęli mnie nawet jednym palcem, pani tylko powierzchownie miźnęła rurkę wózka papierkiem na obecność śladowej ilości narkotyków. 
 
W samym samolocie Karat siedział cicho, nawet na dużej wysokości.

Myślałam, że cały pobyt w Rzymie uda mi się opisać w tym jednym poście, naiwniara.

C.D.N.

wtorek, 7 czerwca 2016

Człowiek jest stworzony do zachwytu


Ładny, prawda? :)

Zrobiłam sobie prezent na Dzień Dziecka.
Ponieważ mama nie przyłożyłaby ręki do tego haniebnego czynu, to wszystko ogarnęliśmy z bratem i bratową. Łukasz zawiózł nas na radomski deptak, przeszliśmy koło wrzeszczącej, juwenalskiej strefy wyższej i weszliśmy do speluny, w której już radośnie czekał na mnie wydziarany, starszy pan.
Łukasz wrócił do pracy, a my z Kamilą siedziałyśmy wśród czaszek i heavy metalu.

Z rozkoszą wczuwałam się w równomierne wkłuwanie igły pod skórę, raz koło razu...
Nie, tak naprawdę prawie w ogóle mnie nie bolało, czułam niewielkie szczypanie, jednak ból był nie porównywalny do tego, który towarzyszy igle wsuwanej w żyłę.

Strasznie się cieszę, że odbiłam myśli na skórze.
Ogromnie mi się to podoba. 

A przede mną nowe wrażenia. O 16 wyjeżdżam z domu na lotnisko, o 20:45 startuję z Modlina i o 23:05 już będę wdychać kolejny raz włoskie powietrze.
Plany na jutro już są ustalone, a co później... Niech mnie życie zaskoczy! :)

Boję się tylko jednego - żeby Karat nie ześwirował z zachwytu.

piątek, 27 maja 2016

Cena boli, ale nie gra roli.

Nie mogę powiedzieć, że długo zabierałam się do napisania nowego postu, bo mój realizm nie pozwalał mi nawet snuć marzeń, że mi się to uda.
Zaliczam co się da w tak zwanym terminie zerowym", żeby później mieć jak najwięcej czasu na przyjemne rzeczy i tym sposobem w sesji zostały mi do zaliczenia 4 przedmioty z czego jeden najtrudniejszy i którego się najbardziej boję, a z trzech nie mam żadnych materiałów mimo interwencji :)

Zaczęły się wakacje. Nawet jeśli obiektywnie jeszcze ani dla uczniów, ani dla studentów nie nastała chwila błogiego oddechu, to dla mnie trwa już od 2 tygodni. Z tyłu głowy wciąż mam egzaminy i naukę, ale maj, to mój najpiękniejszy miesiąc, nawet jeśli po nim mają przyjść kolejne, ciepłe, radosne i wakacyjne. Maj, to maj. W maju się wszystko, co radosne ZACZYNA, i nie mam na myśli wiosny.

Również dwa tygodnie temu pojechałam do Warszawy na rekorekcję wzroku, ponieważ po pół roku od zabiegu można ją wykonać, jeśli są jeszcze jakieś pozostałości wady.  U mnie były minimalne i lekarz nie widział potrzeby, żeby coś z tym robić, ale też nie widział przeszkód skoro chciałam.
Wszystko odbyło się w ciągu 10 minut i tym razem nie wylądowałam w szpitalu :)

W miniony wtorek pojechałam znów do stolicy na kontrolę, która wszystkich mocno ucieszyła, włącznie z doktorem okulistą. Podniesiony na duchy stwierdził, że często ma prawdziwych osiłków, okazy zdrowia, którym oczy się paprzą, nie chcą się goić i bez przerwy przyjeżdżają z problemami, a u mnie wszystko odbywa się książkowo.
Ten dzień, swoje imieniny, o których zapomniałam, przeżyłam nieoczekiwanie właśnie tam, tak strasznie fajnie.
Bo maj - to maj.

Maj zajmuje mi wiele spraw, nie tylko związanych ze studiami, te są dla mnie najmniej ważne.
Staram się żyć chwilą i po listopadowym horrorze brać z niej jak najwięcej dla siebie. Wbrew mojemu pokręconemu charakterowi udaje mi się to.

Za tydzień lecę do Rzymu. Nareszcie się tym ciesze i zaczynam intensywnie myśleć.
Po powrocie do Polski rozpocznę sesję, ale później znów będę kontynuować MAJ :)

Wszystko, co teraz przeżywam, jest piękne, ale nie łatwe i choć już teraz wiem, jak cholernie wysoką cenę za to zapłacę - BIORĘ TO.

sobota, 23 kwietnia 2016

Będzie! Ona BĘDZIE!

Deadline został osiągnięty! Zrealizowany!
Czy co tam się robi z deadline'ami.

 Mogę pełną piersią odetchnąć, zjeść porządnie, rehabilitować się, pomyśleć o przyjemnościach, skupić się na studiach itp...

...ponieważ wczoraj wysłałam wydawcy gotową do wydania książkę!!!

Wreszcie, po 3 latach od jej ukończenia za kilka miesięcy ujrzy światło dzienne.
Siedziałam nad nią przez ostatnie co najmniej 2 tygodnie, dzień w dzień, od rana do nocy. Poprawianie jej po tylu latach, żebym nie wstydziła się jej wypuścić z rąk, gdy po tak długim czasie wyrobił mi się styl pisarski i niektórych zwrotów oraz emocjonalnych meandrów nie mogłam znieść czytając pochłaniało mi mnóstwo czasu i energii.

W marcu z ogromnym podnieceniem spotkałam się wraz z moim menadżerem z panami z wydawnictwa i przedyskutowaliśmy uwagi dotyczące treści książki, a także aspekty promocyjne.
Panowie byli niezwykle zainteresowani wydaniem mojej książki, a przysięgam, bez żadnej kokieterii, że dziwię się za każdym razem, gdy słyszę zachwyt od jednej z nielicznych osób, które ją przeczytały.

Ze spotkania wyszłam tak przeszczęśliwa, że od razu chciałam Wam to tu opisać, ale nie chciałam wyprzedzić faktów, przede mną było jeszcze dużo pracy.

Przedwczoraj spotkałam się z moją redaktorką i okazało się, że wszystko o czym ona mówiła, sama już wychwyciłam w książce i poprawiłam - także praca zakończona!

Przede mną już tylko najfajniejsze elementy, takie jak dogadanie się z projektantem okładki, burza mózgów nad jej koncepcjami, znalezienie Osób do rekomendacji, itp...

Książka jest autobiografią. Wiem, że mam dopiero 26 lat i nie powinnam się wychylać, ośmieszać, i tworzyć złudną wizję wielce dojrzałej osoby, ale jakby to ode mnie zależało, to do tej pory leżałaby w cyberprzestrzeni mojego laptopa.
Autobiografia nie była moim pomysłem, ale z ogromną radością już przeżywam tyle cudownych chwil z nią związanych, a ile jeszcze przede mną... :)

W każdym razie sami ocenicie - mam nadzieję - czy miałam o czym pisać :)

                                                   WYDAJĘ KSIĄŻKĘ!!!!!!!!!!!!!!

piątek, 15 kwietnia 2016

Hardwork

Oj, Ludzie Drodzy! Jaka jestem zmęczona!

Nie pamiętam, czy kiedykolwiek w mojej całej "karierze" zawodowo-edukacyjno-pisarsko-społecznej miałam tak zajęty, napięty, męczący czas.
Nie jem śniadań, bo zwyczajnie nie mam czasu na żmudne jedzenie kanapek, czy innych "trudniejszych" posiłków, z kolacjami też różnie bywa. Rezygnuję z większości wyjść, rozrywek, i - wstyd mówić - rehabilitacji - żeby móc w tym czasie zrobić to, co najważniejsze do końca przyszłego tygodnia, bo to jest ABSOLUTNY deadline, o którym mam nadzieję będę mogła napisać pod koniec przyszłego tygodnia, w międzyczasie piszę egzaminy, prace, ogarniam wolontariat, a gdy mam zaplanowany cały dzień, to akurat ktoś dzwoni i prosi, żebym napisała, załatwiła, zorganizowała coś NA JUTRO, więc rzucam wszystkie plany i biorę się niechętnie za to, co najpilniejsze.
Oczywiście też odpoczywam popołudniami/wieczorami, bo nawet jeśli fizycznie dałabym radę (choć i tak odpadam), to mózg mam tak bardzo wyeksploatowany, że i tak nic efektywnego już bym nie zrobiła.

I właśnie takie chwile wykorzystuję m.in. na uaktywnianie bloga, co by nie nastąpił deadblog - czego nieefektywny wynik widzicie, I'm sorry.

Mam wielką nadzieję, że przede mną już ostatni tydzień wzmożonej pracy, a potem tylko cieszenie się z jej efektów :)

 

Obrazek animowany

trwa inicjalizacja
 
Blogger Templates