niedziela, 18 października 2020

Muzyka jest radością, tęsknotą, namiętnością.

Muzyka jest radością, tęsknotą, namiętnością.
Nie zachowam chronologii wydarzeń ostatnich 2 tygodni, ale muszę na świeżo opisać wspaniały koncert, z którego wczoraj wróciłam!
12 tenorów & Diva, to może się wydawać, klasyka, sztywność i powabna atmosfera. Też tak trochę myślałam, ale moja ciekawska natura każe mi spróbować wszystkiego, czego nie znam (no dobra, amfę może sobie daruję), więc poszłam i się zawiodłam!
Koncert nie nosił żadnej z wymienionych cech. Gdy na scenę wyszło 12 chłopa i zaryczało barytonem, to włosy stanęły dęba. Wszędzie. Natomiast podczas śpiewania Allelujah autentycznie rozpływałam neurony, gdy do głowy dochodził ciepły, niski i czysty jak dłonie w czasie Covidu męski głos. Wszystkie partytury, utwory jazzowe, musicalowe i popowe nie były po prostu odegrane i odśpiewane, ale panowie wraz z piękną Divą urządzili na scenie spektakl. Wesołe przepychanki, miny, wzajemny szacunek, spontaniczne dogadywanie i dbałość chłopaków jeden o drugiego sprawiały, że nie tylko moje uszy się cieszyły, ale nie mogłam oderwać od nich wzroku. Całe półtorej godziny, to salwy śmiechu, taktu i podziwu. Doskonały pan dyrygent Woytek Mrozek urozmaicał utwory zabawnymi anegdotami i żartami sytuacyjnymi, ale największą furorę zrobił Aleksander Kruczek, chłopak z kucykiem, najweselszy i najbardziej uroczy wariat tej grupy :) W czasie znakomitej solówki na klarnecie został wypchnięty przez kolegów zza kurtyny i wywijał piruety, chodził na rękach i robił na nich niesamowite obroty.
Najważniejsze jest to, że cały świetny koncert to nie była parodia, to nie była groteska. To był totalny spontan i naturalność występujących.

Jednak po zakończeniu dla mnie nie było końca. :) Jak to ja - najbardziej z całego wieczoru ucieszyłam się z poznania tych cudownych ludzi :)
Ze względu na sytuację epidemiczną tenorzy nie wychodzili do ludzi, ale...poproszeni wyszli do mnie tłumnie i to z jaką kulturą!
Diva Agata Sawa w oszałamiającej sukni podeszła powoli i cichym, delikatnym głosem, zupełnie innym, niż ta potęga na scenie zapytała "Jak ma pani na imię? Bardzo miło mi panią poznać, pani Asiu, ja jestem Agata" . W jej zachowaniu można było dostrzec takt i szacunek.
Natomiast Wariat Aleksander, gdy na siebie wpadliśmy na korytarzu (przez cały koncert przykuwał moją uwagę, a później, spośród całej Dwunastki, to właśnie z nim się spotkałam przez zupełny przypadek) od razu wołał: "Chłopaki, chodźcie!". Podczas schodzenia się wszystkich i cykania zdjęć prowadził ze mną wesołą rozmowę, której puentą było:
- Asiu, wrzuć zdjęcie na Facebooka i oznacz nas.
- Ok, ale nie zapamiętam waszych nazwisk...
- To poczekaj, ja ci zaraz podam

Niestety nie było już na to czasu, ale z wszystkimi eleganckimi panami kłanialiśmy się sobie i wymienialiśmy uprzejmości.
Jestem zachwycona ich talentem i postawą.
Na ich koncert śmiało może iść każdy, nie tylko wytrawny meloman, by świetnie się bawić.
Ja miałam doskonały wieczór mimo wiadomości o 3000 zakażeń dziennie :P

Wracając do domu, gdy znalazłam się na moim osiedlu chciałam pójść na skróty skręcając w boczną ciemną uliczkę.
Mama wesoło naśladując głos z jakiegoś filmu:
- Tak po ciemaku? A jak nas ktoś napadnie?
- I zgwałci?
- No? Na przykład? To co będzie?
- Kontynuacja rozrywki.

KURTYNA!



czwartek, 1 października 2020

Spotkanie autorskie w Warszawie!

Spotkanie autorskie w Warszawie!

 Od wydania książki minęły już prawie 4 lata, a jej echo wciąż gdzieś słychać...

Tym razem będzie można go posłuchać w najbliższą niedzielę, tj. 4 października na spotkaniu autorskim w Warszawie, na Auli Wielkiej Collegium Bobolanum, ul. Rakowiecka 61, Mokotów. O godzinie 18:30.
Będę mówić o tym jak żyć z ograniczeniami bez ograniczeń, skąd wziąć siłę, gdy wszystko nam się wali na głowę, jak nadać życiu sens, gdy trudno go dostrzec. Opowiem, jak to jest oddychać z maszyną i o tym, że ja też czasem płaczę. Wreszcie powiem dlaczego moja książka ratuje życie niedoszłych samobójców.
(I nie jest to chwyt marketingowy ☺)
Zapraszam gorąco, tym bardziej, że nakład książki został prawie wyczerpany ☺
Trzymajcie kciuki, żebym do niedzieli wyzdrowiała z dość poważnego przeziębienia i dała radę z godzinną gadką 😉

sobota, 26 września 2020

Nic tak nie wpływa na ducha jak ciało.

Nic tak nie wpływa na ducha jak ciało.

 Są takie momenty, kiedy z zaskoczeniem uświadamiam sobie, że jestem chora i ciężko mi...

...w to uwierzyć 😌
To też nie znaczy, że na co dzień brak samodzielności nie daje o sobie znać. Jest konsekwentnie dojmujący. I również zasługuje na osobny post.
Ale sytuacje, czy sfery życia, które wymagają wyłącznie mnie, mojej decyzji, mojego myślenia, mojego charakteru, a nie drugiej osoby sprawiają, że SMA kompletnie w nich nie uczestniczy.
Prześledźmy to...

Na co dzień pracuję w dwóch firmach i co prawda jedna jest "na orzeczenie" (co nie powinno umniejszać jej wartości, ale stereotypy - nawet wśród ON - są jakie są), ale drugą znalazłam sama, bez żadnego biura pośredniczącego, jak "zwykły" pracownik. Szef przeszkolił mnie na odległość, czego nie dało się zrobić ze zdrowymi, stacjonarnymi pracownikami. Jestem na 3 roku psychologii w biznesie i wykonuję z kolegami projekty dzieląc się między sobą zadaniami. Prowadzę z koleżankami "Telefon Dobrych Rozmów", by pomagać tym, którzy radzą sobie z trudnościami nieco mniej efektywnie. "Biegam" po mieście, załatwiam mnóstwo spraw telefonicznie, pomagam znajomym, użeram się z byłym, podpisuję dokumenty u notariusza, rozmawiam z policją, chodzę na randki, leżę u kosmetyczki prawie naga robiąc laser i makijaż permanentny, płacząc z bólu podczas poprawiania tego, co i tak już przecież mam doskonale 😛 (jak każda głupia baba), szukam, dobieram i przeprowadzam rozmowy z dwoma asystentkami i dwoma fizjoterapeutami, aby ich zatrudnić, z niektórymi się żegnam, podejmuję czasem trudne i niewygodne decyzje...
Jednym słowem - działam. Żyję. Funkcjonuję - jak zdrowy człowiek.

Aż nadchodzi sytuacja, gdy muszę przedstawić online neurologowi swój stan zdrowia, pisząc...:
"Posiadam dysfunkcję obu kończyn górnych i dolnych, co do zakresu i rodzaju, Choruję na rdzeniowy zanik mięśni stopnia II, nie podnoszę rąk do góry, w zakresie ramion, ani łokci. Mam sprawne jedynie dłonie i palce z niewielką siłą. Mam niedowład wiotki. Poruszam się na wózku inwalidzkim przy pomocy innych osób. Jestem wentylowana mechanicznie."
...
What?! Czy to się trzyma kupy?
Dopiero po chwili dociera do mnie, że mowa jest o mnie 

Ostatnio też pada coś podobnego podczas rozmowy z nowopoznanymi ludźmi. Gdy pytają "na co chorujesz", to następnym zdaniem jest: "Ooo... to niefajnie...", "Biedna" , "Nie zazdroszczę...", "nie znam, ale słyszałam, że człowiek nie może się ruszać", "O, kur***... współczuję...".
Przyzwyczaiłam się do takich reakcji i się na to uśmiecham, ale myślę "no, dobra... Wiem, że mam cholernie ciężką chorobę, ale bez przesady... serio aż tak?" 😀☺️

Po takich olśnieniach, migawkach chwili, zdarzają mi się ledwo zauważalne zwieszki w ciągu dnia, w których mam poczucie, że ciało, dusza i umysł to trzy osobne elementy, które ten ostatni stara się nadludzkim wysiłkiem połączyć, ale udaje się to tylko sporadycznie.
Bo chore jest tylko ciało. Dusza, to byt naturalnie zdrowy, niezależny, nieuchwytny i wolny. A na umysł oddziałują obydwa.
Czasem mam wrażenie, że toczę nieustającą walkę między tym jaka jestem, a tym kim jestem.

Niniejsze dywagacje mogą popchnąć lekarzy do stwierdzenia, że w kaftanie będzie mi do twarzy, ale co tam.
I tak chytrze uśmiecham się do swojej duszy
:)

#redhairgirl #polskadziewczyna #SMAil #radomianka #tracheotomy #wheelchair #rudawiewióra #rdzeniowyzanikmięśni #sunnyday




poniedziałek, 21 września 2020

Ego mówi: kiedy wszystko się ułoży, znajdę spokój. Dusza mówi: kiedy znajdę spokój, wszystko się ułoży.

Ego mówi: kiedy wszystko się ułoży, znajdę spokój. Dusza mówi: kiedy znajdę spokój, wszystko się ułoży.

 Oddychaj świeżym powietrzem,

uspokój umysł.
Rozpuść włosy,
pozwól im płynąć na wietrze.

Pozwól swoim oczom wędrować
Do całego piękna, które może być widoczne.
A gdy nastaną te toksyczne myśli,
Niech krzyk postanowi się wyrywać.

Krzycz, aż ból minie,
Aż przestaniesz się bać.
Otwórz oczy na nowy świt,
pozwól ciemności zniknąć.

Nie porównuj już swoich wad
z doskonałościami innych.
Zabierz negatywność z bliskiej przestrzeni.
Skoncentruj się na swoim kierunku.

Podnieś smutek z podłogi,
wyrzuć go na wietrze.
Zamknij drzwi prowadzące do nienawiści.
Nigdy nie wpuszczaj go z powrotem.

Z powodu kłamstw, które często ci powtarzał,
już się nie zgodzisz.
Szczęście i miłość są tym, czego powinaś się trzymać.
To one są tymi, którym powinnaś dać klucz.

Nie zwracaj uwagi na toksyczne myśli,
słuchaj tych, którzy uwielbiają wszystko, czym jesteś.
Nadmierne myślenie było tym, czego kiedyś cię uczono,
ale teraz te myśli zamknij w słoiku.

Skoncentruj się na swoich celach,
nigdy nie odpuszczaj walki.
Czas otworzyć nowy rozdział.
Wszystko będzie dobrze.

- A.CZ.



wtorek, 8 września 2020

W braku sił, chęć jest chwalebna

W braku sił, chęć jest chwalebna

 Miałam duży dylemat, czy pójść na ten koncert. Zwłaszcza, że tylko z koleżanką i to nową koleżanką. Stresowałam się prowadzeniem przez nią mnie na wózku, bo na szaleństwa elektrycznym jest już za późno dla mojej wybrednej ręki. Bałam się sprowadzania z krawężników, przeważenia wózka w autobusie przy przyspieszaniu i tego, że w wielkim chaosie i ogromnie głośnej muzyce nie będzie słyszeć, że wołam o odessanie. Bałam się, że rurka się odepnie, a ona nie usłyszy alarmu respiratora. Bałam się, że będzie mi niewygodnie, a ona nie ogarnie, że łokieć trzy milimetry w lewo robi kolosalną różnicę między przepadzistymi czterema milimetrami. Bałam się, że nie odessie prawidłowo, że urwie się zwisający kabelek od dodatkowych baterii do Karata... A dodatkowo obawy potęgowało naprawdę niedobre samopoczucie utrzymujące się od dwóch dni (spokojnie, to jeszcze nie Covid).

Oprócz tego czułam niepewność, że z zimna mój nos zacznie protestować, a przecież sama go nie wytrę... a także dlatego, że może będzie mnie ciągle coś bolało i co chwilę będę musiała prosić o poprawienie... Przecież to takie krępujące...

Każde moje wyjście, nawet na event wszech czasów, to nie jest wyłącznie eksplozja radości i dzikie szaleństwo, ale skrupulatnie obmyślany każdy ruch.
Było mi zdecydowanie wygodniej z myślą, że jednak zostanę sobie spokojnie, bezpiecznie, pod ciepłym kocykiem na kanapie. Wreszcie się najem, skoro ostatnio nie dojadam, zregeneruję siły...

Mogłam zostać przy tych myślach odbierających energię. Ale jakaś wewnętrzna siła od dziesięciu lat pcha mnie do pokonywania przeciwności na poczet nowych doświadczeń. Nieposkromiona, tajemnicza chęć życia jest silniejsza od strachu.

Po wymianie kilku SMSów ostrzegających przed moim niepewnym samopoczuciem napisałam wreszcie "Kasia, lepiej się czuję, jedziemy". Po dwóch godzinach znów wrócił stan lekkiego omdlewania, ale nie chcąc mieszać pomyślałam, że przecież i tak dam radę.

Wyszykowałyśmy się, ubrałam się w skóry i wyszłyśmy.
Na koncercie miałyśmy najlepsze miejscówki, byłam zachwycona, zaczęłam podrygiwać w rytm muzyki, odpłynęły wszelkie obawy, a nawet poczułam wszechogarniającą radość... a to uczucie ma wobec mnie nienachalny stosunek 😉

Szał trwał do pierwszych kropli deszczu... Myślę sobie, z cukru nie jestem, a w końcu chorować kiedyś trzeba (sic!), gorzej z Karatem, ale nie jedno już ze mną przeszedł, Wariat wytrzyma, jak ja.
Nie, nie, aż taka beztroska - dowód powyżej - nie jestem, więc przykryłyśmy go płaszczem przeciwdeszczowym, ale ja wesoło mokłam dalej. Natomiast koleżanka była mniej szczęśliwa i zaczęła się kręcić, wiercić "jedziemy do domu".
Hm, no nie... Siedzę tu już godzinę, za chwilę koncert dobiegnie końca, muzyk bardzo mi się podoba, chcę dotrwać do fotki..

Robiło się już naprawdę niewesoło, nerwy, deszcz, wiatr, zimno, koleżanka nie chce się przeziębić, bo musi chodzić do pracy... Powietrze zeszło ze mnie szybciej, niż z moich kół. Pojawiły się pesymistyczne myśli "jakby nie ta wieczna zależność..."
Zaczęłam żałować, że przyjechałam, że nigdy w pełni nie mogę się po prostu cieszyć...

...Gdy nagle sytuację uratował Szymon Wydra & Carpe Diem.
Poproszony o zejście do mnie na dół grzecznie, ACZ stanowczo zatrzymał ludzi tłoczących się do niego na scenie i wskazując na mnie rzekł: "chwileczkę, tutaj jest pani na wózku".
Zamaszystym krokiem zbiegł po schodach wołając ze sobą Zbyszka Suskiego, swojego zespołowego kumpla, tym samym na zaś zapewniając mi pełen pakiet.
Podchodząc do mnie z totalnie szczerym uśmiechem zawołał:
- Cześć! Wszystko w porządku? Jak się podobało? Chodź tutaj...!

Najpierw stanął przy mnie pochylając się, następnie klęknął obok wózka, a gdy ostatecznie przysunął się tak, by swoją głowę przytulić do mojej wszyscy obserwujący ludzie jęknęli w zachwycie i wołali "jak ślicznie!" 😉

Sesja zdjęciowa trwała dość długo jak na taką sytuację, nawzajem sobie z uchachem dziękowaliśmy, Szymon jeszcze życzył mi i mojej mamie - która przyjechała na koniec zmienić koleżankę, by ta mogła wygrzać się w domu - "wracajcie szczęśliwie", a ja przechodząc do wyjścia odwzajemniałam sypiące się do mnie uśmiechy i piszczałam z radości jak nastolatka.

Dlatego, że mam zdjęcie z gwiazdą?
Nie.
Dlatego, że ta gwiazda, facet w czerni, z czachą na plecach i w skórach, a przede wszystkim nasz radomski chłopak okazał się dokładnym przeciwieństwem tego, co słyszałam od naszych wspólnych znajomych.

Niezwykle się cieszę, że mogę zrobić update tych informacji 🙂

I co prawda wiem, że mój urok osobisty działa cuda, ale po tym jak się zachowywał na scenie i z jaką szczerością mówił o naszym mieście i ludziach wierzę, że chłopak po prostu dojrzał i jest w porządku nie tylko wobec mnie.

Wracałam do domu z sercem wypełnionym ciepłem, mimo deszczu i wiatru.
Z kolejnym dowodem na to, że choć życie z respi nie jest sielanką, to odwaga i siła charakteru napędzają życie, nadają mu sens i otwierają nas na przyjmowanie więcej od losu, który czasem naprawdę się stara, ale potrzebuje naszej woli, by sięgnąć po 🎁.






piątek, 21 sierpnia 2020

Złap, ile możesz, wypełnił swoje serce, daj innym jak najwięcej

Złap, ile możesz, wypełnił swoje serce, daj innym jak najwięcej
Pachniało ściśniętym żytem. Suche i ciepłe powietrze wtłaczało się do nozdrzy i filtrów respiratora.  Delikatne dźwięki i zapachy lata unosiły ptaki do tańca w harmonii z letnią melodią.
Na trawie, w ogrodzie przystrzyżonym ostrymi promieniami słońca, leżało zmartwychwstałe ciało.
Umysł, odrodzony z otchłani depresji i nawoływań śmierci - wchłaniał każdym zmysłem życie, które - nowe, nieznane, inne - zaczynało się tlić. Dryfując na falach spokojnej niepewności próbował wykorzystać dane mu tchnienie i pomóc tym, których jaźń obumierała...

* * *

...Tak powstał 9 lat temu ten blog. Następnie jego facebook'owy funpage, a w końcu książka o tym samym, czasem mniej, czasem bardziej trafnym tytule.
15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia NMP, gdy odpoczywałam na świeżym powietrzu ciesząc się tym, że po pół roku odzyskałam głos i wyszłam z półrocznej, narzuconej mi kwarantanny zanim stała się modna - patrząc z błąkającym się uśmiechem w błękitne niebo moja altruistyczna natura (Weronika z bierzmowania zobowiązuje) podsunęła mi myśl, że wszystko, co przeszłam  - a daję słowo, że był to długi i wąski szlak na Orlą Perć - musi zostać do czegoś wykorzystane.

9 lat temu nie myślałam, że życie dostarczy mi tyle materiału do stworzenia tak wielu postów. Bywały wesołe, zabawne, ironiczne, nostalgiczne, przepełnione smutkiem i gniewne. Były takie jak ja. Ale w pewnym momencie nastąpiła też długa przerwa. Jak wtedy, gdy wpadamy w depresję i przestajemy mówić. Jak wtedy, gdy tracheotomia na 6 miesięcy założyła mi kaganiec.

Blog do pewnego stopnia oddaje moje życie, życie z (lub pomimo) respiratorem, który był motorem do pokazania siebie.
Nie z powodu ekshibicjonistycznych zapędów, ale po to, żeby zapalić światełko w ciemniejące dni. Czyjeś.
Przez te lata bardzo dużo się wydarzyło - wewnątrz i na zewnątrz.
Na łamach bloga pisałam o locie balonem, jazdach na nartach, o pokładzie samolotu, na którym znalazł się mój Karat, spotkaniach z papieżem Franciszkiem, o cudownych pobytach w Rzymie, o pierwszym po tracheotomii (i w ogóle pierwszym!) związku, o pierwszej miłości (to nie zawsze idzie w parze), pierwszej otchłani, w którą wpadło serce. O pierwszym rozstaniu i pierwszym poczuciu wartości siebie jako kobiety. Pisałam o swoich rozstrojach i przemyśleniach na temat niepełnosprawności, zależności, dorosłości w niesamodzielności, dyskryminacji, roszczeniach, potrzebach psychicznych. O wolności, nadziei i wierze. Wreszcie pisałam o wydaniu książki, spotkaniach autorskich, znajomości z Pawłem Domagałą, o moich przyjaźniach, o wielu ludziach i o podjęciu leczenia.

Na przełomie 9 lat zaszło we mnie wiele zmian. Blog razem ze mną przeszedł metamorfozę. Da się zauważyć przepaść między postami z 2012, a tymi z 2019.
Wykluwanie z kokonu musi być bolesne. Trzeba użyć dużo siły, by go przebić. Czasem powstają siniaki i zadrapania, ale po wyjściu z niego nie jest się już taką samą postacią.
Wreszcie motyl rozpościera skrzydła. Staje się dojrzały. Życie rozwojowe motyla jest pełne zaskakujących przemian i fascynujących zwrotów akcji. 

Takie pojawiały się też w moim scenariuszu. Czasem byłam ich autorem, czasem robił to Ghostwriter. The end nie zawsze był happy, czarne charaktery snuły intrygi, psuły szyki, dialogi wewnętrzne bohaterki były zbyt skomplikowane, by wysnuć głęboką puentę. Ale nie wierzcie w to, że każdy film musi mieć morał. Czasem ogląda się go tylko po to, by wypełnić lukę w za bardzo rozciągniętym czasie. Innym razem, by znaleźć alternatywę dla rzeczywistości. Tak działo się na przełomie dziewięciu blogowych lat. Nie wszystkie wydarzenia miały sens, a jednak po coś w nich uczestniczyłam.
Może to nie mnie miała zostać przesłana refleksja, ale komuś, kto w tym ze mną był, obserwował, lub czytał. Na przykład blog lub książkę. 
Dzięki tej działalności poznałam sporo ludzi, a jeszcze więcej poznało mnie. Co jakiś czas, cały czas, docierają do mnie wiadomości od nieznanych osób z pytaniem o jakieś kwestie techniczne lub psychiczne. Z podziękowaniem za dodawanie otuchy, radość z ironicznych tekstów lub dzielenie się tym, jak wygląda życie z respiratorem. 
Choć wydaje mi się, że zdecydowanie więcej piszę o tym, jakie jest moje życie mimo niego. 
Chyba jednak brakuje trochę w moich tekstach tego przyimka.

Zakładając blog letniego popołudnia 2011 roku i nadając mu pierwotny tytuł "Niezwyczajne życie zwyczajnej dziewczyny" nie sądziłam, że ja wytrwam pisząc i że ludzie wytrwają ze mną :) Tyle lat. 
Myślałam, że na dłuższą metę nie będzie o czym pisać i że będę musiała wymyślać na siłę, aż w końcu odpuszczę. Ale to niezwyczajne życie jest niezwykle twórcze nawet, gdy ma do dyspozycji tylko cztery ściany i trochę neuronów.

* * *

Tak podsumowujący wpis powinien być przeznaczony na jubileusz, ale jestem pewna i tego sobie życzę, że za rok czytelnicy podsuną mi dużo lepszy powód do uczczenia dziesięciolecia nowego istnienia :)

wtorek, 11 sierpnia 2020

Wtedy jestem najlepszą wersją siebie

Wtedy jestem najlepszą wersją siebie

 Przy nim bycie sobą sprawia mi przyjemność. 😏

I nawet przez ułamek sekundy nie czuję się chora.
Rdzeniowy zanik mięśni, respirator, rurka, wózek, odsysanie, brak możliwości podniesienia ręki, zależność, niesamodzielność... Przy Marcinie totalnie zapominam o tym wszystkim. Nie czuję tego.
Jestem zdrową kobietą 😌
Choćbym użyła tysiąc słów, tego uczucia nie da się opisać ❤

poniedziałek, 10 sierpnia 2020

Solidarność w szaleństwie

Solidarność w szaleństwie

 Zaczęłam urlop z przytupem!

Nieee... ani góry, ani lasy, ani nawet łąki usierpnione. Zwyczajny, mały, radomski park w środku osiedla, a co lepsze - małomiasteczkowe... RONDO!
Jak się nie ma, co się lubi... to się stara, żeby to mieć.
Wystarczy, że jezuita razem ze mną przebiegnie pod prąd lewoskrętnie przez nie - nie zważając na skarżenie mamy, że to robię, ale jeszcze dopingując: "pokaż mi jak to wygląda! 😀 " i już czuję się jak w Detroit.
Mimochodem zwierzyłam się, że ostatnio samochód zajechał w przejście i nie mogłam wejść na chodnik, więc musiałam, no, po prostu musiałam wcisnąć się na wolny skrawek i przejechałam tak, że zarysowanie karoserii było nieuniknione... ale niestety się nie udało. Usłyszałam: "musisz poćwiczyć! ". Wtedy oczyma wyobraźni zobaczyłam ciemne zaułki Caracas.
I nie mogłam opanować ataku śmiechu 😉
Po drodze niespodziewanie wybiegł nam na spotkanie mój przyjaciel, przewielebny ksiądz proboszcz i akurat wypadł mi uchwyt z joysticka tocząc się w jego stronę. Z tylko nam znanym spojrzeniem mruknął:."Asia, lecisz na mnie". Odpowiadając "nie da się ukryć" znalazłam się w Amsterdamie.
Wniosek z tego płynie taki, że nie trzeba być globtroterem, ani wciągać THC. Wystarczy odpowiednie towarzystwo, by znaleźć się na haju, w wielu miejscach na raz. 😌

niedziela, 19 lipca 2020

Czapla dała głos

Czapla dała głos


✌️Takich kolejek do komisji wyborczych nie widziałam jak żyję.✍️
Let's get ready to... 🇵🇱


poniedziałek, 22 czerwca 2020

Nie może mnie zaboleć, gdy na to nie pozwolę.

Nie może mnie zaboleć, gdy na to nie pozwolę.
Niedawno był obchodzony Światowy Dzień dyskryminacji (Osób Niepełnosprawnych?) czy coś podobnego. Nie znam dokładnej nazwy, bo nigdy nie zaznaczam swoją szczególną aktywnością takich "świąt", które już swoją nazwą stygmatyzują. Oczywiście rozumiem ich celowość i nie umniejszam wagi. Wierzę, że powstały w dobrej wierze. Dobrze też, że ci, którzy myślą inaczej, niż ja uświadamiają społeczeństwu, że należy zwracać pozytywną uwagę na wszystkie grupy społeczne. Za to im dziękuję. 
Jednak ja nie piszę postów np. na Światowy Dzień Osób Niepełnosprawnych. Niektóre osoby z różnymi niepełnosprawnościami zaznaczają ten dzień poprzez swoje teksty jednocześnie twierdząc, że nimi nie są lub, że to tylko ich "przypadłość", jak kolr oczu (swoją drogą ładny eufemizm), ale nie niepełnosprawność.
Natomiast odnośnie Dnia Dyskryminacji kilkoro moich znajomych stworzyło świetne teksty, artykuły, felietony. Tak mi się spodobały, że pomyślałam, iż może warto napisać w końcu w tym temacie, tylko trochę od innej strony, niż dyskryminacja zazwyczaj nam się kojarzy. 

Wiemy, czym ona jest, nawet, jeśli nie z definicji, to intuicyjnie. 
Dyskryminacja, to - również prawnie usankcjonowane - działanie na szkodę człowieka. 
W bardziej powszechnej formie, którą można spotkać nagminnie oznacza traktowanie osoby niesprawiedliwie z powodu tego, kim ona jest lub dlatego, że posiada pewne cechy charakterystyczne. 
Ustawa o równości z 2010 r. podkreśla 9 chronionych grup:
  1. Wiek
  2. Płeć
  3. Rasa 
  4. Niepełnosprawność 
  5. Religia
  6. Ciąża i macierzyństwo
  7. Orientacja seksualna
  8. Zmiana płci
  9. Małżeństwo i związek partnerski
Jeśli myślimy o dyskryminowaniu osób niepełnosprawnych, to od razu nasuwa się pracodawca, który nie chce przyjąć do pracy osoby posiadającej wszelkie niezbędne umiejętności na określone stanowisko tylko i wyłącznie dlatego, że fizycznie nie jest całkiem zdrowa. Myślimy też o wyśmiewaniu się z osób upośledzonych umysłowo, a także o tym, choć rzadziej, że dyskryminacja objawia się w przeszkodach architektonicznych.

Zastanawiałam się więc, czy kiedykolwiek ja byłam dyskryminowana. Myślę, że większość ludzi na świecie, na przestrzeni życia doświadcza tego przynajmniej raz, z różnych powodów. Tak po prostu funkcjonuje świat. Tacy jesteśmy. Ja też. Sama dyskryminowałam, z czego nie jestem dumna, i byłam dyskryminowana. 
To oczywiście nie były oczywiste sytuacje, rzadko kiedy dyskryminacja jest tak jaskrawa, jak przykłady wyżej. Zazwyczaj jest zakamuflowana, ukryta, cicha. 

Z własnych przykładów, oprócz takich drobnych pierdółek, na które przestałam zwracać uwagę, przychodzą mi na myśl trzy:

Pierwszy jest o tyle dziwny, że dotyczy tak nie analizujących stworzeń, jakimi są dzieci. 
Pisałam o tym w swojej książce. 
Gdy chodziłam do gimnazjum byłam bardzo dobra z niemieckiego. Szkoła zorganizowała międzyszkolny konkurs językowy. Nauczycielka niemieckiego wytypowała mnie do niego. Poszłam (na wózku elektrycznym) pod drzwi sali, w której miał się odbyć konkurs. Czekając na korytarzu razem z innymi uczniami na rozpoczęcie, jeden chłopak z innej klasy spojrzał na mnie z pogardą i powiedział niby do swojego kumpla, ale na tyle głośno, żebym usłyszała"
- "a ona co tutaj robi?"
Później się okazało, że wygrywa konkurs. 

Drugi przykład jest oczywisty i nie trzeba się długo nad nim rozwodzić (sic!)
Facet - na potrzeby rozróżnienia płci tak go ładnie nazwijmy - uważał, że jestem gorszą kobietą od zdrowych kobiet. Ten facet, który przez 3 lata wmawiał mnie, mojej rodzinie i moim znajomym, że kocha i jestem lepsza od innych właśnie taka, jaka jestem, przez 3 lata wstydził się mnie i nie "przyznawał się" swojej rodzinie i znajomym, że jestem jego dziewczyną. Co gorsze, wypowiadał się do nich o mnie we wstrętny sposób. 
Bo mam słabe mięśnie. 
Ten fakt, jak widać, przeważa wszystko inne. 

Trzeci przykład jest najbardziej zaskakujący. 
W naszej grupie SMA rozgorzała dyskusja na temat jednej oferty pracy oferowanej przez pracodawcę, który do zatrudnienia osoby niepełnosprawnej otrzymuje dofinansowanie z PFRON, a więc z własnej kieszeni wypłaca tylko jakieś 800zł swojemu pracownikowi. Niepełnosprawny pracownik otrzymuje oczywiście najniższą krajową, bo taki jest standard.  Ja jeszcze nigdy nie spotkałam się z "umową na orzeczenie", w której oferuje się więcej, niż minimum. W tej konkretnej ofercie wymagania były całkiem wysokie, a przede wszystkim wymagały dużego zaangażowania czasowego i dyspozycji nawet w soboty. Dyskusja toczyła się pomiędzy tymi osobami,  które już w tej firmie pracują, więc czuły się w obowiązku jej "bronić", bo ogłoszenie umieściła ich "szefowa", przewodnicząca, czy coś takiego, pomiędzy tymi, którzy nie byli związani z tą firmą i uważali, że to jest wykorzystywanie ludzi i robienie z ON taniej siły roboczej, jak z Ukraińców oraz między tymi, którzy nie byli związani z firmą i uważali, że super, że "w ogóle nas chcą" i wszystko jest w jak najlepszym porządku. 

Pomijam argument koleżanki pracującej w tamtej firmie, który totalnie położył mnie na łopatki. Padł jako ostatnia deska ratunku na moje argumenty: "ale atmosfera jest najważniejsza. Ja jednak od mega wielkich zarobków wole zgrany i miły zespół, w tym w którym jestem jesteśmy już praktycznie przyjaciółkami i możemy na siebie liczyć.". Rozumiem, że koleżanka "musiała" tak mówić, bo czytały to jej inne koleżanki z pracy (dlatego nie znoszę konformizmu, a jeszcze bardziej "brownnose" ;) ale to brzmiało tak, jakby osobom niepełnosprawnym pracodawca miał płacić za miłą atmosferę, a nie za to, co mamy w głowie. Kolejny przykład dyskryminacji
Jednak tutaj sytuacja była oczywista, ona była jakby zobligowana do takich poglądów (jawny przykład psychologii społecznej, jak to społeczeństwo nas kształtuje, a nie my społeczeństwo).
Ale nigdy nie zrozumiem kolegów, którzy wprost mówili, cytuję: 
"Ja pierniczę co za malkontenci. Ja pracuję za najniższą krajową od kilkunastu lat i jakoś nie narzekam a mam studia inżynierskie więc nie jakieś byle co. Masakra,  co za roszczeniowość". 
"Cieszcie się że jakaś robota on-line jest"
"Roszczeniowość niektórych ON mnie na serio poraża"

A więc w moim trzecim przykładzie dyskryminacji najbardziej zaskakujące jest to, że osoby niepełnosprawne wyręczają innych i same siebie dyskryminują. Gdy pełnosprawny pracownik prosi o podwyżkę lub szuka lepiej płatnej pracy w zakresie swoich umiejętności, to jest to rzecz najnormalniejsza na świecie. Gdy to samo robi pracownik niepełnosprawny, to WEDŁUG NIEPEŁNOSPRAWNYCH jest roszczeniowy. 

Jakbym chciała iść tym tropem, to po co skończyłam filologię angielską, teraz studiuję psychologię i rozwijam inne umiejętności? Wystarczyłoby, żebym zatrzymała się na maturze (chociaż to chyba też za dużo "jak na ON" i "cieszyła się, że jakaś robota online jest", a po godzinach pracy grała do wieczora w Minecrafta.
Swoją drogą ofert pracy online jest całe mnóstwo, codziennie je przeglądam. Nie wybuchły w czasie Covid, ale już od dawna technologia na to pozwala.

Ja znalazłam sobie drugą pracę - nie "na orzeczenie" - jako pełno(s)prawny pracownik, więc ta dyskusja emocjonalnie mnie obeszła. Ale staję w obronie koleżanek i kolegów, którzy też chcą od życia czegoś więcej, niż minimum, jednocześnie dając z siebie dużo więcej, niż minimum.

Zostałam więc zdyskryminowana przez dziecko - jako uczennica.
Przez ukochaną osobę - jako kobieta.
Przez niepełnosprawnych pracowników - jako pracownik.

Czy dyskryminacja boli? Zawsze wtedy, gdy jest się dzieckiem i wtedy, gdy się kocha.
A reszta zależy, czy pozwolimy, aby ból nas dotknął.
Nikt nie może mnie zranić bez mojej zgody.

Wystarczy tylko otaczać się właściwymi ludźmi, a da się przeżyć to życie na swoich warunkach, w zgodzie z sobą samym.


Copyright © ACZkolwiek - kocham życie! , Blogger