sobota, 5 grudnia 2015

Już jest za ciężko

Kochani!

Jak dobrze jest móc znów do Was pisać.

Długo się nie odzywałam, bo splot wydarzeń od samej podróży do Warszawy skutecznie mi to uniemożliwił.

Zacznijmy od początku.

Środa, 18 listopada była jak na złość przeraźliwie brzydka pogodowo - lał deszcz i wiał tak silny wiatr, że bujało całym samochodem.
Do Warszawy jechałyśmy same z mamą. Wszystko było ok, czułam się dobrze.
Na drodze szybkiego ruchu potężny wiatr urwał nam wycieraczkę od strony kierowcy. Siekący deszcz zalewał szybę tak, że nie było widać absolutnie nic. Mama przechylała się na moją stronę, żeby cokolwiek widzieć i przejechać 2km do stacji benzynowej. Na szczęście było tak niedaleko i udało się nam dotrzeć. I tak już spóźnione, bo z Radomia wyjechałyśmy z poślizgiem spędziłyśmy na stacji ze 40 minut, ponieważ chłopak nie umiał przymocować nowej wycieraczki.

Wreszcie ruszyłyśmy i w ciągłej nawałnicy dotarłyśmy do celu.
Zanim mama mnie posadziła na wózek, wyjęła rzeczy z samochodu, zamknęła go i weszłyśmy do budynku - musiałam kilka chwil spędzić na deszczu i wietrze.

W klinice wszystko było ok, najpierw rozmowa z lekarzem, potem przygotowanie do operacji - bardzo dokładne mycie twarzy przez mamę i przez pielęgniarkę, ustawianie na łóżku tak, aby głowa była prościuteńko, równo i bez ruchu.

Nie było to przyjemne, ale nie bolało, bo dostałam krople znieczulające. Było dość przerażające, gdy zakładali mi obręcz na oko i lekko dociskali, a potem ciągnęli płatek oka szpikulcem, ale siłą woli się uspokajałam i wszystko przebiegło w jak najlepszym porządku.
Na godzinę poszłam do ciemni, bo oczy wtedy nie znoszą światła i po tym czasie kontrola - wszystko ok.
Znieczulenie zaczęło mijać, oczy boleć, łzawić i pojawił się katar - normalne objawy.

Wyszłyśmy z kliniki, musiałyśmy przejechać 17km na Ursynów, gdzie miałyśmy nocleg.
W nocy źle się czułam, koło 7 razy miałam napad mdłości, zalewał mnie pot i było mi przeraźliwie zimno. Zaczęły się problemy z oddychaniem mimo, że respirator dobrze pompował powietrze. Oddychało mi się do tego stopnia źle, że bałam się zostać sama, gdy mama poszła po śniadanie.
Tak strasznie nie chciałam jechać na kontrolę, ale musiałam.
Kontrola wykazała, że z oczami jest wszystko dobrze, operacja przebiegła pomyślnie.

Nareszcie wracamy do domu.

Niestety do domu nie dojechałam.

Nawigacja niefortunnie poprowadziła nas przez Janki, a tam korki przez wiele kilometrów.
Dusiłam się, mama na postojach podnosiła mnie do pozycji siedzącej, poprawiała, ale to nic nie pomagało.
Wlekłyśmy się tak długo, że nie wystarczyło baterii w respiratorze i na 40km przed Radomiem musiałyśmy zatrzymać się w motelu żeby naładować respirator. Nie mogłam siedzieć, pokoje były na górze po schodach, pani przyniosła kołdrę i mama położyła mnie na podłodze.
Po naładowaniu ruszyłyśmy, trochę zaczęłam odlatywać, mama już była w kontakcie z moją doktor, kazała nam jechać prosto na SOR.

Bardzo długo grzebali się w rejestracji, wołałam do mamy, że już nie mogę, żeby położyła mnie choćby tu, na podłodze w poczekalni. Wreszcie przyszła pielęgniarka i prowadziła nas prosto na OIOM. Położyli mnie i zebrało się z 5 pielęgniarek wokół łóżka, żeby pobrać mi krew, co w moim przypadku jest bardzo trudne, bo żył nie widać i są bardzo słabe, ciągle pękały.
Mam dużo siniaków na dłoniach, palcach, stopach, żebrach, kolanach, łokciach...

Odleciałam. Mam wyjęte 4 dni, nie pamiętam kompletnie nic.

Okazało się, że miałam zapalenie płuc i kwasicę. Zjechały mi wszystkie elektrolity, potasu nie miałam w ogóle, sodu za to koło 98%.

Na początku miałam tachykardię, potem ciśnienie 78/53 i 40 uderzeń na minutę. W niedzielę myśleli, że nie przeżyję, a w poniedziałek odzyskałam przytomność i wszystkie wyniki się unormowały.

W szpitalu byłam 6 dni, wyszłam w środę, 25 listopada, w 5 rocznicę tracheotomii.
Uczciłam ją z przytupem.

Ale niestety to nie koniec przygód.

Na drugi dzień po szpitalu, późnym wieczorem zaczęłam się dusić ponownie, tym razem od bardzo zaflegmionych, zakrwawionych i zaczopowanych płuc.
Rodzice mnie odsysali na zmianę, wymieniali zakrwawione cewniki, oklepywali - nie dało się odessać. Respirator tłoczył powietrze, ale nie miał gdzie.
Krew już odpłynęła mi z twarzy, to były ostatnie sekundy, aż wreszcie mama wyciągnęła jeden skrzep. Odetchnęłam głębiej.
Ale tylko na chwilę, bo poczułam, że duszę się znowu. Znowu odsysanie, kolejny skrzep wyciągnięty. I kolejny, i kolejny.
Płuca zostały oczyszczone, podłoga usiana cewnikami.

Oddychałam.
Cała się trzęsłam.

Aż do następnego dnia i następnego skrzepu. Cała akcja na nowo.

Tak było codziennie, tylko trochę lżej, niż za pierwszym razem, codziennie aż do przedwczoraj.

Pierwsza akcja była związana ze złym odsysaniem mnie przez pielęgniarki i złymi, szpitalnymi cewnikami, które były bardzo ostre. Poharatały mi wszystko w środku, a ponieważ nie byłam dobrze odsysana, to wydzielina i krew pozasychały.

W szpitalu wymieniły mi tasiemkę na szyi. Zawiązały tak lekko, że w domu rurka prawie wyszła z szyi. Mama ją wsunęła i mocno zawiązała, ale po wszystkich obracaniach mnie rurka zmieniła swoje położenie i każde wjechanie cewnikiem kaleczyło tchawicę, krew pokazywała się za każdym razem, ciągle robiły się skrzepy.

W międzyczasie padł mój respirator. Bardzo głośno słychać było, że skądś wydobywa się powietrze i tłoczył niewystarczającą jego ilość, gdzieś uciekało.
To był wieczór, nie można było nic zrobić, trzeba było poczekać do rana na częściowym oddechu respi i moim własnym. Noc nie przespana, dla mnie i dla mamy.

Rano moja przychodnia dała mi zastępczego, przedwojennego strupa, ale dr Biegańska i tak nie mogła przyjechać, żeby mnie na niego przełączyć, bo miała dyżur.
Kazała nam przyjechać na SOR.
Z leczonym jeszcze zapaleniem płuc, owinięta w koc, ledwo oddychając ze strachu pojechałam więc.

Spędziłam tam ponad godzinę, bo takiego grata jest bardzo trudno ustawić tak, żeby mi się dobrze na nim oddychało.
Nie da się ustawić tak, żeby się idealnie oddychało i mówiło, ale miałam do wyboru albo spróbować się przyzwyczaić, albo zostać na oddziale.

Wróciliśmy do domu z 13-kilogramowym klocem i moim lękiem.

Karat, na którym byłam do tej pory poszedł do serwisu i nie wiem kiedy wróci, może za miesiąc, może za dwa.

Kupiliśmy respirator za 22 tysiące złotych. Nie było wyjścia, pieniądze musiały się znaleźć. Na zastępczym gracie nie mówiłam dobrze, nie oddychałam idealnie i nie mogłam wyjść nawet z pokoju. A muszę odżyć, zregenerować się, wrócić do normalności.

Pomagają nam ludzie, znajomi, przyjaciele.
Dziewczyny z Radia Plus - w tym miejscu chcę Wam podziękować za akcję z moim "oddechem".

Przedwczoraj dr Biegańska przełączyła mnie na mój nowy respirator i wymieniła rurkę.
Niby problemy się skończyły, niby dobrze się odsysa, nie ma krwi.
Wczoraj miałam pierwszy dzień normalności.
Niczego się nie bałam, jadłam, śpiewałam, rozmawiałam, cieszyłam się. Myślałam, że już z tego wyszłam.

W nocy dostałam napadu lęku. Przed tym, że może znów źle się poczuję, spadną elektrolity, będę musiała jechać do szpitala.
Serce waliło mi jak oszalałe, czułam, że cała klatka piersiowa się lekko rusza. 
Próbowałam się uspokoić, wreszcie udało mi się usnąć.

Dziś cały dzień się boję, podczas pisania tej notki serce szybko bije. Cewnik tępo wszedł i już nie mogę żyć.

Mam traumę, nie wiem, czy i kiedy to się skończy.

Pisze dużo z Was, ale nie jestem w stanie każdemu z osobna odpisać, przepraszam.
Dlatego opisałam wszystko na blogu.

Wczoraj już myślałam, że moje problemy się skończyły i teraz trzeba tyle modlitw za mnie przekierować na Igora, ale dzisiaj już sama przez ogromny strach nie potrafię myśleć o niczym innym.

Byłam silna i twarda, starałam się, ale już nie potrafię nie płakać.

18 komentarzy:

  1. Będzie dobrze.Czasem jest słońce czasem deszcz. Musisz bardziej o siebie dbać.Nie myśleć tylko co jest dziś i teraz .Dbać o siebie byś mogła cieszyć swoim życiem i towarzystwem innych. Pamiętaj o piciu,o tym by się cieplej ubierać zimą ;nawet gdy jest taka ,,ciepła'' zima. Problemy ze sprzętem miną i Twoj strach też mnie,daj sobie czas. Może warto przez jakiś czas pić melise,żeby choć trochę uspokoić serce. Życzę Ci dużo zdrowia.
    Heecha

    OdpowiedzUsuń
  2. Niemiłe przygody Cię spotkały ale cieszę się, że już jest dobrze.
    Dokładnie znam ten strach, który Cię nawiedził.
    Modlić się nie będę ale życzę powrotu do zdrowia i fizycznego i psychicznego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Asiu jaka Ty jesteś dzielna !!!! Masz absolutne prawo popłakać, po takich przezyciach to normalne. Trzymam kciuki by się unormowało w końcu! I wierzę,ze powolutku b ędzie lepiej!!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Trzymaj się, jesteś silna, bardzo silna, bardziej niż niejeden z nas.. Czytając to mam łzy w oczach, ale wiem co to trauma, i wiem, że z tego się wychodzi, więc ODWAGI !!

    OdpowiedzUsuń
  5. Asieńko Kochana,jesteśmy z Tobą <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Tańcz, śpiewaj, śmiej się. Codziennie ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Kochana, nie moge uwierzyc w to co czytam... Dopiero jechalas po poprawe, a sprawy potoczyly sie tak zle. Ech, brak slow, ale najgorsze masz juz za soba, UWIERZ w to! Teraz, na nowej maszynie, to dopiero dasz czadu ;) Zapytaj swoja lekarke o jakies uspokajacze, rozowe tabletki szczescia, zrodla wewnetrznej mocy. Moze zaleci? Dla mnie to jedyna metoda na strach. A strach oslabia i odbiera nadzieje.

    OdpowiedzUsuń
  8. Asieńko, teraz już będzie tylko lepiej! Jesteś najlepsza! <3 Jestem z Tobą! :*

    OdpowiedzUsuń
  9. Asia trzymaj się! Jestem z Tobą <3 Będzie lepiej, zobaczysz :) buziaki i do zobaczenia mam nadzieję niebawem :*:*:*

    OdpowiedzUsuń
  10. Twoje lęki sa zrozumiale,ale bedzie dobrze z biegiem czasu wszystko wroci do normy...niestety zapalenie płuc jest zdradliwe ,bo dlugo nie daje zadnych symptomow,dopiero jak jest żle,a w tedy bywa za pozno.Na szczęście Ty szybko z tego wyszłaś,trzeba sie z tego cieszyc. Duzo ludzi sie za Ciebie modli. sCISKAM CIE i trzymam kciuki.

    OdpowiedzUsuń
  11. Matko, Asia, horror normalnie. Trzym się mocno!

    OdpowiedzUsuń
  12. Asiu kochana nie znam drugiej tak radosnej, chętnej do życia osoby mimo tylu przeciwności. Jestem z Tobą moja kochana <3<3<3<3

    OdpowiedzUsuń
  13. Dear Asia, i read your blog ... i am so sorry to hear what you went through. I really wish you all the best, i will think of you and i am sure that you will be strong enough ... <3

    OdpowiedzUsuń
  14. Asiu nasza modlitwa jest stale przy Tobie i Twoich rodzicach ! Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  15. Asia, trzymaj się. Ty wygrasz ze wszystkim, nie zapominaj o tym.

    OdpowiedzUsuń
  16. Jesteś bardzo dzielna i silna, ale takie wydarzenia każdym by zachwiały, masz pełne prawo się bać. Ale wiesz też, że nie jesteś sama, wiesz, że Ktoś czuwa nad Tobą. Wierzę, że najgorsze jest za Tobą i będzie coraz lepiej, coraz cieplej, coraz stabilniej. Będzie po prostu dobrze. Wysyłam Ci dużo ciepłych myśli, życzę dużo sił, życzę, żebyś pokonała strach. Trzymaj się mocno!!

    OdpowiedzUsuń
  17. Asiu będzie dobrze. Od kiedy zaczęłam czytać Twoje bloga modlę się za Cb i jestem z Tb przez cały czas. <3

    OdpowiedzUsuń
  18. I jak samopoczucie? mam nadzieję, że już lepiej... i że wszystko się unormowało

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię... jakakolwiek by była ;)

Designed By Blokotek