wtorek, 25 czerwca 2019

Alkohol łączy!

Wiem, że piszę bardzo rzadko, zbyt rzadko, by nazywać się blogerką. Such is life.
Za to dziś opiszę historię, która być może nie jest tak spektakularna, jak relacje z moich spotkań autorskich, ACZkolwiek każda historia - włączając własnoręczną produkcję kiełbasy - jest fascynująca, jeśli spojrzeć na nią z odpowiedniej perspektywy. I gdy głównym motywem w niej są ludzie. 

Tydzień temu miałam potrzebę zakupu alkoholu wysokoprocentowego. Zaciągnęłam mamę do najbliższego marketu - Auchan. Weszłam w alejkę od strony win i przeleciawszy wzrokiem półki zorientowałam się, że moje ogrodniczki i tenisówki nie komponują się z tak zacnymi trunkami, dlatego skierowałam kroki ku temu, co mnie interesowało najbardziej. 
Szukam, lukam, jednak ponętna, czarna butelka nie rzuca mi się w oczy. Po kilku sekundach ogarnęłam, gdzie może znajdować się cel mojej wycieczki i już miałam skręcić tam lewe koło, gdy  w ostatniej chwili dostrzegłam... jego! 
Przechadzał się majestatycznie od Moët&Chandon Ice Imperial do Monte Santi. Poważna twarz, ACZ zaczepny wzrok. Doradzał klientom, wskazywał konkretne butelki, spokojnie, elegancko i nie nachalnie rozmawiał z zainteresowanymi.
Wiedziałam, że bez problemu znajdę to, czego szukam ale również mam świadomość swoich problemów w kontaktach interpersonalnych (co może wydawać się absurdem biorąc pod uwagę moją działalność). Pomyślałam, że - jak to się ładnie mówi - WYJDĘ ZE STREFY KOMFORTU! i zrobię mały improve moim umiejętnościom społecznym. Z daleka już widziałam, że widzi, że na niego patrzę... podeszliśmy do siebie... i nie czekając aż się do niego odezwę, nie bojąc się, że się odezwę (sic!) zadał to wyczekiwane przeze mnie pytanie: "Czy mogę w czymś pomóc?". Uśmiechnięta, choć spękana wytłumaczyłam, że szukam Jack'a Daniels'a. Elegancki pan prowadził mnie do półek cały czas rozmawiając. Pytał czy na imprezie będzie dużo osób, czy będą też faceci i sugerował, że panowie na pewno przyniosą ze sobą jakiś alkohol, więc wystarczy jak kupię 0,7. Po wybraniu odpowiedniej wielkości butelki przyszedł czas na podanie mi jej do ręki... i tu zazwyczaj pojawiał się problem. Jednak ten pan w mig ogarnął, że moje rączki są raczej mało ruchliwe i nie czekał aż je wyciągnę, tylko patrząc poważnym-figlarnym wzrokiem zagadnął:
- Ok... już wszystko mamy... teraz zastanawiam się gdzie położyć butelkę...
- Podejdźmy do mojej mamy, dobrze? Jestem tu z mamą, więc ona weźmie. 
- Aha! To idziemy! Oczywiście! Podejdziemy sobie do mamy... proszę bardzo, my już tu sobie poradziliśmy...
Pan Znawca Win był generalnie bardzo pozytywnym, wesołym - nie wesołkowatym - człowiekiem, ale najbardziej rozbawiło mnie, gdy podając mamie butelkę puścił do mnie oko i z kamienną twarzą mruknął kącikiem ust: "tylko ktoś będzie musiał teraz za to wybulić" :)

Nie bez powodu zaznaczam w tym momencie, że celowo ubrałam się w ogrodniczki, tenisówki i delikatny makijaż. Wiele razy spotkałam się z opinią, że bardzo trudno jest ocenić wiek osoby na wózku. Toteż pan mógł myśleć, że mój Jacek będzie sponsorowany przez mamę, lub po prostu, że może nie pracuję.
Nieoczekiwanie, za tydzień nasza wzajemna wiedza o sobie miała w dwójnasób wzrosnąć :)

Generalnie przez cały dzień po tym spotkaniu chodziłam uśmiechnięta i cieszyłam się, że się odważyłam i dzięki odwadze poznałam tak miłego, normalnego faceta z normalnym podejściem do mnie. 
Natomiast kolejnej soboty znalazłam się w Auchan z zupełnie innego powodu i kompletnie nie miałam zamiaru zaglądać do działu z alkoholem, ale przechodząc główną aleją zorientowałam się nagle, że po prawej widzę wina... Podświadomie zaczęłam szukać wzrokiem znajomego, a gdy go dostrzegłam szepnęłam do przyjaciółki "to jest ten pan, o którym ci opowiadałam". Wariatka rzuciła "idziemy tam!" i nie czekając na mnie poszła zweryfikować autentyczność moich "och'ów" i "ach'ów".
Pobiegłam za nią zawstydzona, a Pan Znawca Win już z daleka pytał: "i jak impreza się udała?". Po zapewnieniu, że w razie czego czeka tu i służy pomocą poszłyśmy na dalsze zakupy. 
Dawno zdążyło mi ulecieć to wspomnienie, gdy stałam w kolejce do kasy... znajdującej się nota bene na wprost działu alkoholowego. Rozmawiałam żywo z Edytą, aż niespodziewanie podszedł do mnie i delikatnie zagaił: 
- Podziwiam pani wygląd. Szpilki, ubiór, makijaż, włosy... Stoję tu cały dzień i obserwuję ludzi. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że życie jest jedno i trzeba każdy dzień wykorzystać na maksa. Pani jest najbardziej zadbaną i najlepiej wyglądającą dziewczyną ze wszystkich, jakie dziś widziałem. 

Oniemiałam, ale było mi przemiło! Podziękowałam, pogratulowałam tak rozwiniętej męskiej spostrzegawczości i poczucia estetyki.
Rzeczywiście tej soboty byłam ubrana zupełnie inaczej, niż tydzień temu.
Ze świadomością jak duże znaczenie, zwłaszcza w moim przypadku - w przypadku kobiety na wózku - mają ubiór, buty i makijaż, wracałam do domu nucąc wesoło pod nosem. Edyta spojrzała na mnie jakbym była upośledzona nie tylko fizycznie, a ja rozbawiona już do granic krzyknęłam:
- No co, zakochałam się! 

Nie, nie! To nie takie proste!

Ale ciąg historii na tym się nie kończy... wręcz jakby przeciwnie. 

Następnego dnia wieczorem na moim profilu FB pojawiło się kilka zaproszeń do znajomych. Jak zwykle starałam się nie przyjmować ich na ślepo, ponieważ wielokrotnie zdarzały mi się nie całkiem miłe historie. Szybko obczaiłam, które przyjąć, których nie, a przy tym jednym zawahałam się. Bywa, że zanim przyjmę zaproszenie piszę do danej osoby kim jest i skąd mnie zna, jednak tym razem byłam zbyt zmęczona całodniową imprezą i darowałam sobie inwigilację myśląc, że to jest jeden z czytelników mojej książki lub słuchacz któregoś ze spotkań autorskich.
Po chwili od przyjęcia pan Mariusz napisał wiadomość, w której wytłumaczył, że jest Panem Znawcą Win. Już w tym momencie byłam mocno zaskoczona, ale gdy zrobiłam mały stalking jego profilu spadłam z wózka. 
Okazało się, że nie mamy ani jednego wspólnego znajomego, że pan Mariusz zupełnie nie wiedział kim jest ta dziewczyna z rurką, że on mieszka w Warszawie i... że jest aktorem, zna 3 języki obce i jest zdobywcą głównych nagród na festiwalu w Izraelu oraz w Meksyku. 

ZONK.

Pisaliśmy chwilę ze sobą, zapytałam jak mnie znalazł skoro nie mieliśmy o sobie pojęcia, ani żadnych wspólnych znajomych. Pan Mariusz wytłumaczył, że po smutnej rozmowie z osobą, która nie widzi w życiu nic wartościowego oprócz pieniędzy pomyślał o osobach, którym w życiu jest trudniej, niż jej i postanowił "coś ciemnemu ludowi wytłumaczyć". W necie zaczął szukać zdjęć osób z problemem oddechowym i "wyskoczyło mi zdjęcie "mojej" znajomej z Radomia :)".
Pan Mariusz napisał też krótki post po naszym spotkaniu:

"W sobotę po raz kolejny, miałem okazję spotkać się z Asią. Przypadkiem, ponieważ do dziś, do chwili obecnej nie jesteśmy znajomymi z imienia (już tak ;-) ) ale z widzenia (mam nadzieję, że to się zmieni i się zmieniło :-) ).
Powiedzieć mogę jedno. Asia to jedna z najlepiej ubranych dziewczyn w Radomiu 👍🙂
I co ważne, jest mega sympatyczną, uśmiechnięta dziewczyną , która ma sporo do powiedzenia i napisania (blog).
Mam nadzieję, że za tydzień znów się widzimy!

Czytajcie blog Aśki bo nie tylko "kulinarne" warte są zainteresowania 

* * * 

Chciałabym zrobić jakieś podsumowanie tego wpisu, ale wnioski chyba same się nasuwają. 
Ludzie to "coś", co ma największą wartość jaka mogła być nam dana, a przełamywanie ograniczeń w głowie to to, co każdy z nas może dać samemu sobie w prezencie. Gdyby moje skrępowanie (a chyba wszyscy zdają sobie sprawę z tego ze powody mam... hm, namacalne) wzięło górę nade mną, to nigdy byśmy się nie poznali, nie dowiedziałabym się kim ten pan jest, nie byłoby niniejszego wpisu, ale przede wszystkim ominęłaby mnie taka fala radości, entuzjazmu i motywacji do tego co robię i jaka jestem.

Jednak najważniejszy wniosek płynący z tej historii:
Dziewczyny, dbajmy o siebie, czy na wózku, czy na drzewie, bo na każdym kroku możemy spotkać pana, który to dostrzeże!
I to na trzeźwo!






u