poniedziałek, 13 maja 2019

Łódź pozwoliła mi popłynąć na wysokich falach

Czułam, ze to będzie wyjątkowe spotkanie, bo byłam wyjątkowo dobrze do niego przygotowana.
Nie szłam na żywioł i stuprocentową improwizację, ponieważ szanuję czas ludzi, który przychodzą mnie posłuchać, a wszystko za co się zabieramy wymaga rzetelnego przygotowania, poświęcenia czasu, czytania inspiracyjnych artykułów, słuchania psychologicznych wykładów, konferencji, obserwowania świata i rozmów między ludźmi i nieustannego konfrontowania ich z tym, co zamierzamy zrobić. Czy poświęcamy się pracy, czy angażujemy w związek, czy podejmujemy pomoc w wolontariacie - wszystko wymaga naszego wkładu na maksa.

Moje SMA co prawda nie pozwoliło mi na powiedzenie wszystkiego, co zamierzałam, ponieważ byłam w Łodzi przez całą niedzielę, bez jedzenia, bez picia, siedząc niewygodnie, bo jakoś właśnie tego dnia nie dało się w żaden sposób dobrze mnie usadzić na wózku. Główne spotkanie odbyło się dopiero o godz. 19:00 i dosłownie po 10 minutach mówienia czułam, ze robię to coraz bardziej niewyraźnie, wszystkie moje mięśnie były zmęczone aż po czubek języka i mowa stała się trudna zwłaszcza, ze wysilałam szyję, aby w złej pozycji utrzymać głowę.
Musiałam skracać wypowiedź i szybciej brnąć do celu, na którym też dość trudno było się skupić.
W końcu po prostu opuściłam głowę i w takiej pozycji, mniej wymagającej pracy mięśni mówiłam do ludzi tłumacząc czemu pochyliłam głowę.

Nigdy nie miałam takiego problemu i również pod tym względem spotkanie w Łodzi było wyjątkowe.
Mimo kłopotów z wygodnym, płynnym mówieniem zebrałam największe owoce.
Zwykle na spotkaniach udawało się sprzedać około 20-30 książek. Mając informację od osoby, która mnie tam zaprosiła, że może być sporo ludzi pomyślałam, iż wezmę 50-60. Na wszelki wypadek wzięliśmy 80 sztuk.
Sprzedały się wszystkie, co więcej - zabrakło :)

Ale mówiąc o owocach mam na myśli nie tylko uczciwie zapracowany hajs - w końcu pracowałam całą niedzielę fizycznie i umysłowo.

Widziałam, czułam i słyszałam, ze ludzie, którzy zdecydowali się przyjść na spotkanie z jakąś obcą dziewczyną wynieśli dla siebie coś ważnego, każdy coś innego.
Jedna pani, dyrektorka stowarzyszenia była tak zachwycona moimi pomysłami na życie, ze chce zaprosić mnie na spotkanie dla dzieci niepełnosprawnych, aby pokazać im, ze przyszłe dorosłe życie też może być spoko. Pan ze stwardnieniem rozsianym podszedł, aby wypytać o dualski, "bo skoro ty mogłaś jeździć to i ja zacznę działać, w końcu kiedyś tak uwielbiałem narty". Inna pani zachwyciła się moim sposobem mówienia, szczerością i żartami, na tyle, ze wyszukała w necie czym dokładnie jest rdzeniowy zanik mięśni i trafiła na informację "choroba geniuszy"... Podobno dałam temu świadectwo! :) Inny chłopak podszedł, żeby zrobić sobie ze mną zdjęcie i powiedział że mam piękne oczy.  Drobny szczegół, ale zaskoczył mnie, bo często słyszę właśnie to i z tym są związane moje mocne wspomnienia.
Ktoś inny był podbudowany moją wiarą, taką moją, zwyczajną, bez uniesień, objawień, słyszenia chóralnych, anielskich głosów i klepania formułek.

Nigdy, na żadnym spotkaniu nie padło tyle pytań od słuchaczy, nigdy też nie było takiej interakcji między nami. Atmosfera była wyjątkowo ciepła, bliska, bez sztuczności, wstydu i udawania. Bez zabarwiania i spłaszczania. Bez nadmiernego entuzjazmu, eksplozji wykrzykników i przymuszania do szczęścia... Choć to szczęście wybrzmiało.
Pojawiały się śmiech, łzy i śmiech przez łzy.
Po każdym takim evencie zastanawiam się szczerze nad tym, dlaczego tyle się śmieję, skąd bierze się we mnie taki optymizm i żarty wychodzą ze mnie naturalnie podczas gdy w domu, albo na spotkaniach rodzinnych jest to niemożliwe.
Być może świadomość, ze ludzie przyszli specjalnie dla mnie, ze ludzie chcą mnie słuchać, ze w nowych głowach szufladki jeszcze nie zdążyły się zamknąć sprawia, iż mogę przed nimi poczuć się sobą.
.
Z ojcem i od dwudziestu lat wujkiem jezuitą nie mieliśmy nic ustalone, w ogóle jak już byłam w Łodzi to dowiedziałam się, ze specjalnie z Warszawy przyjedzie, by koordynować spotkanie.
Później za kulisami śmialiśmy się, że jego słowa były tak piękne, bo z miłości do mnie chciał je wyrazić publicznie jak na zaręczynach :)
Dziękuję mu za... chyba głównie za to, ze jest na każde moje zawołanie, mimo obowiązków, odległości i pozycji. Dziękuję za spojrzenie, które docenia.

Dziękuję także o. Remi za zaproszenie i zachowanie zimnej krwi, gdy widząc mnie pierwszy raz w życiu złapał wózek, prowadził po bruku i po szalonej, kilkumetrowej przejażdżce fiknęłam mu na bok  - jak wspomniałam, źle siedziałam :)

Dziękuję za nagranie, które można obejrzeć tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=RDvn-BTIFl8&feature=youtu.be

Dzisiaj się zorientowałam, ze pod filmem są komentarze! Są super! :)

* * *

Wracając do domu.w pozycji półleżącej na przednim siedzeniu samochodu bolało mnie po prostu wszystko: kość ogonowa, biodro, tyłek, żebra, kręgosłup, szyja, kark i ucho - myślałam o chłopaku, który zapytał, czy moja choroba jest bolesna fizycznie :)

W sumie to boli pod każdym względem, ale w spotkaniach takich jak wczorajsze czuję ukojenie.


1 komentarz:

Wyraź swoją opinię... jakakolwiek by była ;)