poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Siła tkwi w głębi... mózgu

Planowałam tę wyprawę już od jakiegoś czasu, ale nikomu nic nie mówiłam, bo sama miałam spore wątpliwości co do słuszności przedsięwzięcia.
Kilka razy próbowałam, jednak zawsze albo nie było optymalnej pogody, albo ja nie czułam się pewnie na wózku.

A, żeby pójść tylko i wyłącznie z 6-letnim dzieckiem do cukierni znajdującej się spory kawałek - jak na moje warunki - od domu, to muszę się czuć w stu procentach komfortowo sama ze sobą. Muszę być pewna, że nie przesunę się na wózku i że głowa będzie stabilna i jednocześnie ruchoma na tyle, żebym dała radę nią operować.
Nie mogę się bać, by nie wprowadzać w strach i niepewność bratanka i jeszcze panować nad sytuacją na ulicy.
A przecież sama wymagam opieki we wszystkim.
Ale chciałam spróbować.

Rozważywszy każdy szczegół wcześniej w domu wyszłam z nim nie mówiąc dokąd idziemy, sama chciałam sprawdzić dopiero na zewnątrz, czy wszystko jest w porządku.

Przy przechodzeniu na drugą stronę mówiłam, żeby się trzymał wózka (wcześniej już akurat tego go nauczyłam) i szedł wtedy, kiedy ja idę i stał wtedy, kiedy ja stoję. Wiem od dawna, że z nim mogę tak postępować, że to nie jest narażanie życia, czy inne niebezpieczeństwo, bo słucha się zawsze od A do Z, jest grzeczny i wie, że idąc z ciocią może liczyć tylko na jej słowo, nie gesty.

Weszliśmy do cukierni i powiedziałam, żeby wybrał sobie ciastko, pani przedstawiała mu skład poszczególnych słodyczy i mnie pytała, które lubi, czy zje takie i ile ukroić. Błahostka? Wcale nie.
Może to głupie, ale czułam się dumna.

Po pytaniu "czy pani sobie coś życzy" poprosiłam o latte i słomkę.
Przyniosła do stolika i wtedy jak zawsze rozgadany Danielek jak na złość nie powiedział swojego zwykłego tekstu, który zresztą bardzo mi się podoba "moja kochana ciociunia jest chorutka", tylko ni z tego, ni z owego wypalił:
- Moja kochana ciociunia potrzebuje słomki, bo jest niepełnosprawna.
Mała różnica? Nie dla mnie.
Od kilku lat sama o sobie tak mówię, bo taka prawda, ale zawsze używałam określenia "jestem chora" i do tej pory wolę właśnie to.
Chociaż mam świadomość, że "chora" i "niepełnosprawna" to najczęściej zasadnicza różnica. Dlatego mimo niechęci się przełamuję.

Pani tylko się uśmiechnęła i odpowiedziała "aaa, to ciocia, ja myślałam, że siostra"

Była bardzo uczynna, serdeczna i normalna. To znaczy, że nie traktowała mnie jak dziecko specjalnej troski, które wydumało sobie, że przyjdzie z drugim dzieckiem i urządzą razem wesoły happening ku radości swojego wyimaginowanego świata, ale jak dorosłą osobę z "tylko" ograniczoną motoryką.

Wszystko było w mojej buzi i w Danielka rękach.
Mówiłam, żeby otworzył portmonetkę, wyjął pieniążki, podał pani, schował resztę, wziął ciastko do stolika (sama odsunęłam jemu i sobie krzesła, z którego to wyczynu byłam niezmiernie dumna) i wreszcie, by podawał mi kawę ze słomką do buzi.
Trochę się w skrytości ducha martwiłam, czy aby na pewno da radę i przy tym nie narobimy lipy, ale w końcu zadanie nie było zbyt trudne.

Wypiłam kawę, zjadł ciastko, w międzyczasie poprosił:
- Ciocia, teraz chce mi się bardzo piciu...
- A co chcesz, soczek, czy herbatkę?
- A co jest tańsze? ( :) )
- Nieważne, co wolisz?
- Soczek.

Sama mu wybrałam, bo nie wiedział, który będzie mu smakował, wypił, podziękowaliśmy i wyszliśmy.

W drodze powrotnej patrząc na skaczącego dokoła chłopca myślałam o dwóch rzeczach:
1. Biorąc pod uwagę możliwości dziecka jednocześnie ich nie nadużywając można zrobić z nim wiele, dla zwiększenia więzi, chociażby.
Cieszę się, że mam w nim pomocnika, w przyszłości będziemy mogli oboje na siebie liczyć.
Zrobiliśmy to!
2. Dlaczego panuje nadal powszechna opinia, że gdy osoba niepełnosprawna (sic!) decyduje się na dziecko, to jest do cna zdeprawowana i wyrządza krzywdę temu dziecku? Że nie jest w stanie go wychowywać (sic!), pilnować, dbać, chronić i poświęcać mu czas jak zdrowa matka, zdrowy ojciec?
Daniel to nie moje własne dziecko, ale teraz się dowiedziałam, że i ja mogłabym uczynić je szczęśliwym.

I tak robią ludzie, których znam, których doświadczenie mówi samo za siebie.

* * *

Co prawda zdjęć z tego wypadu nie mam, ale mam z innego, który był równie fajny, bo z przyjaciółmi - tu z siostrą prawie-bliźniaczką :)

8 komentarzy:

  1. Asiu -Danielek wdał się w Ciebie -da radę ze wszystkim :)!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Bo ludzie lubią szablony...
    a żeby choć takie niepelnosprawne matki były postaciami z seriali!!! och,co to by było dopiero za zjawisko!!! ciekawe czy zasiadali by przed ekranami, czy odchodzili..? hehe
    Jeśli zwierzę kocha swoje dziecko, dba o nie, pielegnuje, karmi...to coż dopiero czowiek..?
    aaaaaa no chyba,ze w opinii niektorych osoba niepelnosprawna nie jest człowiekiem...a to juz inna bajka..Ela

    OdpowiedzUsuń
  3. :))) przecież o to właśnie chodzi...by ludzie chcieli tu być i chcieli sie dzielić..Jaki sens pisać do powietrza..?
    Czytam, inni też czytają..ale pisza coś skrycie..na emaila....wstydzą się..nie wiem...nie wnikam..
    Blog bez żywych komentarzy jest..smutny i żałosny...
    pozdrowionka Ela

    OdpowiedzUsuń
  4. Ula Nowak - Oby tak się stało, może jak będzie starszy dostrzegę większe podobieństwa :) Pozdrawiam!

    Ela - nie robię tego po każdym komentarzu, ale za każdy Ci dziękuję. To ważne dla mnie, że chcesz na moim blogu dzielić się swoimi myślami i go czytasz.
    Uściski.

    OdpowiedzUsuń
  5. Usunęłam i wkleiłam jeszcze raz komentarz bo wkradł się błąd :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nadrabiam zaległości w obserwowaniu i czytaniu Twoich postów Asiu ... jak zwykle świetny tekst i piękna historia . Pozdrawiam .

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziękuję i pozdrawiam również!

    OdpowiedzUsuń
  8. Asia zruszyłam się piękny wpis super ze ci się udało i nie było lipy jak to sama napisałaś

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię... jakakolwiek by była ;)

Designed By Blokotek