środa, 30 grudnia 2015

Ślepa niewinność (naiwność?)

No dobra, widzę światełko w tunelu...
...ale tylko dlatego, że mam bardzo dobry wzrok ;)

Żartuję, wcale nie mam takiego dobrego, ale o tym później.

Jednak skoro mówicie, że dam radę, to Wam ufam :)
Ale na entuzjazm (może) przyjdzie czas, naprawdę się martwię.

Tymczasem, gdy ja się uczę, Wy możecie poczytać o blogach w podobnej tematyce do ACZkolwiek... Bez kokieterii - nie wiem, czemu się wśród nich znalazł ten, tym bardziej, że podziwiam dziewczynę, która pisze pierwszy z tam wymienionych.

Blogi opisuje Ania, której nie znam, a którą serdecznie pozdrawiam i dziękuję.


A propos kokieterii - mówią, że na tym zdjęciu tak robię, a ja po prostu niewinnie zachwycałam się swoją ruszającą się lewą ręką i zostało to niecnie wykorzystane.

Czytaj dalej »

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Give up? Not yet

Dziś dostałam dwie pierwsze oceny z moich pierwszych w życiu studiów: 3+ i 4+.
Lepszą ocenę dostałam z trudniejszej pracy, której myślałam, że w ogóle nie zrobię.

Nie ma szału, ale czym jest trója w obliczu oblanej sesji :)

Ale uczę się! Dzisiaj spędziłam pół dnia na literaturze anglo-saskiej.
Konam.
Odpocznę i wieczorem dalej w Old English.

Końca nie widzę. To tylko jeden przedmiot.

Przysięgam, że nie dam rady.
Czytaj dalej »

środa, 23 grudnia 2015

Wojownik przegra tylko ze śmiercią

Nie piszę co u mnie i jak się czuję, bo w każdej godzinie czuję się inaczej.
Moje czucie polega teraz wyłącznie na odczuwaniu silnego stresu, umiarkowanego stresu i braku stresu. Tego ostatniego są znikome ilości w ciągu całego dnia, choć muszę uczciwie powiedzieć, że jest o niebo lepiej, niż na przykład jeszcze tydzień temu.
O niebo lepiej, czyli nie wpadam w panikę, ale z tyłu głowy ciągle coś mam. Jeszcze nie jest normalnie, jeszcze nie jestem tamtą, tak bardzo odważną dziewczyną.

Dlatego każdą chwilę wolną od stresu wykorzystuję na naukę. Pewnie już wszyscy zapomnieli, że studiuję, i to nawet całkiem nieteoretycznie.
Dokładnie 18 listopada, w dzień wyjazdu do Warszawy przyszedł mi pierwszy mail od wykładowcy. Gdy byłam w szpitalu przychodziły następne.
Po powrocie do domu przez 3 tygodnie nie byłam w stanie o tym myśleć. Zaczęłam odrabiać stos pracy domowej jakiś tydzień temu, przy stresie, robiłam to na siłę.
Teraz staram się uczyć, ale idzie to wolno, bo mam czas tylko do kolejnego napadu lęku.

 Sesja jest na przełomie stycznia i lutego, więc mam jakieś 1,5 miesiąca na samodzielne przerobienie 4 miesięcy z 9 przedmiotów. Do tej pory nie mam wszystkich materiałów ze wszystkich przedmiotów. Mnóstwa rzeczy nie wiem i nie mogę zrobić. Nie wyobrażam sobie zdawania egzaminów. nie dam rady wszystkiego się nauczyć.
Najprawdopodobniej moje studia się skończą wraz z pierwszą sesją, ale już mi nie zależy. Oczywiście chciałabym to zrobić, zawsze chciałam, jednak jak widać nie jest mi to dane. Do głowy mi nie przyszło, że tak to się ułoży. Studia to teraz mój najmniejszy problem.

Mimo wszystko robię co mogę.
Kilka dni temu znajomy powiedział: Asiu, przynajmniej polegnij w walce. Chciałbym pewnego dnia przyjść do ciebie i powiedzieć "Witam, pani magister".
No, też bym chciała. Dlatego na przekór wszystkiemu robię co mogę. A że nie wszystko mogę, to przynajmniej polegnę w walce.

Na święta życzę Wam spokoju, optymizmu i wiary w Dobro i w dobro, a na 2016 walecznego ducha oraz planów, które da się zrealizować.
Czytaj dalej »

sobota, 5 grudnia 2015

Już jest za ciężko

Kochani!

Jak dobrze jest móc znów do Was pisać.

Długo się nie odzywałam, bo splot wydarzeń od samej podróży do Warszawy skutecznie mi to uniemożliwił.

Zacznijmy od początku.

Środa, 18 listopada była jak na złość przeraźliwie brzydka pogodowo - lał deszcz i wiał tak silny wiatr, że bujało całym samochodem.
Do Warszawy jechałyśmy same z mamą. Wszystko było ok, czułam się dobrze.
Na drodze szybkiego ruchu potężny wiatr urwał nam wycieraczkę od strony kierowcy. Siekący deszcz zalewał szybę tak, że nie było widać absolutnie nic. Mama przechylała się na moją stronę, żeby cokolwiek widzieć i przejechać 2km do stacji benzynowej. Na szczęście było tak niedaleko i udało się nam dotrzeć. I tak już spóźnione, bo z Radomia wyjechałyśmy z poślizgiem spędziłyśmy na stacji ze 40 minut, ponieważ chłopak nie umiał przymocować nowej wycieraczki.

Wreszcie ruszyłyśmy i w ciągłej nawałnicy dotarłyśmy do celu.
Zanim mama mnie posadziła na wózek, wyjęła rzeczy z samochodu, zamknęła go i weszłyśmy do budynku - musiałam kilka chwil spędzić na deszczu i wietrze.

W klinice wszystko było ok, najpierw rozmowa z lekarzem, potem przygotowanie do operacji - bardzo dokładne mycie twarzy przez mamę i przez pielęgniarkę, ustawianie na łóżku tak, aby głowa była prościuteńko, równo i bez ruchu.

Nie było to przyjemne, ale nie bolało, bo dostałam krople znieczulające. Było dość przerażające, gdy zakładali mi obręcz na oko i lekko dociskali, a potem ciągnęli płatek oka szpikulcem, ale siłą woli się uspokajałam i wszystko przebiegło w jak najlepszym porządku.
Na godzinę poszłam do ciemni, bo oczy wtedy nie znoszą światła i po tym czasie kontrola - wszystko ok.
Znieczulenie zaczęło mijać, oczy boleć, łzawić i pojawił się katar - normalne objawy.

Wyszłyśmy z kliniki, musiałyśmy przejechać 17km na Ursynów, gdzie miałyśmy nocleg.
W nocy źle się czułam, koło 7 razy miałam napad mdłości, zalewał mnie pot i było mi przeraźliwie zimno. Zaczęły się problemy z oddychaniem mimo, że respirator dobrze pompował powietrze. Oddychało mi się do tego stopnia źle, że bałam się zostać sama, gdy mama poszła po śniadanie.
Tak strasznie nie chciałam jechać na kontrolę, ale musiałam.
Kontrola wykazała, że z oczami jest wszystko dobrze, operacja przebiegła pomyślnie.

Nareszcie wracamy do domu.

Niestety do domu nie dojechałam.

Nawigacja niefortunnie poprowadziła nas przez Janki, a tam korki przez wiele kilometrów.
Dusiłam się, mama na postojach podnosiła mnie do pozycji siedzącej, poprawiała, ale to nic nie pomagało.
Wlekłyśmy się tak długo, że nie wystarczyło baterii w respiratorze i na 40km przed Radomiem musiałyśmy zatrzymać się w motelu żeby naładować respirator. Nie mogłam siedzieć, pokoje były na górze po schodach, pani przyniosła kołdrę i mama położyła mnie na podłodze.
Po naładowaniu ruszyłyśmy, trochę zaczęłam odlatywać, mama już była w kontakcie z moją doktor, kazała nam jechać prosto na SOR.

Bardzo długo grzebali się w rejestracji, wołałam do mamy, że już nie mogę, żeby położyła mnie choćby tu, na podłodze w poczekalni. Wreszcie przyszła pielęgniarka i prowadziła nas prosto na OIOM. Położyli mnie i zebrało się z 5 pielęgniarek wokół łóżka, żeby pobrać mi krew, co w moim przypadku jest bardzo trudne, bo żył nie widać i są bardzo słabe, ciągle pękały.
Mam dużo siniaków na dłoniach, palcach, stopach, żebrach, kolanach, łokciach...

Odleciałam. Mam wyjęte 4 dni, nie pamiętam kompletnie nic.

Okazało się, że miałam zapalenie płuc i kwasicę. Zjechały mi wszystkie elektrolity, potasu nie miałam w ogóle, sodu za to koło 98%.

Na początku miałam tachykardię, potem ciśnienie 78/53 i 40 uderzeń na minutę. W niedzielę myśleli, że nie przeżyję, a w poniedziałek odzyskałam przytomność i wszystkie wyniki się unormowały.

W szpitalu byłam 6 dni, wyszłam w środę, 25 listopada, w 5 rocznicę tracheotomii.
Uczciłam ją z przytupem.

Ale niestety to nie koniec przygód.

Na drugi dzień po szpitalu, późnym wieczorem zaczęłam się dusić ponownie, tym razem od bardzo zaflegmionych, zakrwawionych i zaczopowanych płuc.
Rodzice mnie odsysali na zmianę, wymieniali zakrwawione cewniki, oklepywali - nie dało się odessać. Respirator tłoczył powietrze, ale nie miał gdzie.
Krew już odpłynęła mi z twarzy, to były ostatnie sekundy, aż wreszcie mama wyciągnęła jeden skrzep. Odetchnęłam głębiej.
Ale tylko na chwilę, bo poczułam, że duszę się znowu. Znowu odsysanie, kolejny skrzep wyciągnięty. I kolejny, i kolejny.
Płuca zostały oczyszczone, podłoga usiana cewnikami.

Oddychałam.
Cała się trzęsłam.

Aż do następnego dnia i następnego skrzepu. Cała akcja na nowo.

Tak było codziennie, tylko trochę lżej, niż za pierwszym razem, codziennie aż do przedwczoraj.

Pierwsza akcja była związana ze złym odsysaniem mnie przez pielęgniarki i złymi, szpitalnymi cewnikami, które były bardzo ostre. Poharatały mi wszystko w środku, a ponieważ nie byłam dobrze odsysana, to wydzielina i krew pozasychały.

W szpitalu wymieniły mi tasiemkę na szyi. Zawiązały tak lekko, że w domu rurka prawie wyszła z szyi. Mama ją wsunęła i mocno zawiązała, ale po wszystkich obracaniach mnie rurka zmieniła swoje położenie i każde wjechanie cewnikiem kaleczyło tchawicę, krew pokazywała się za każdym razem, ciągle robiły się skrzepy.

W międzyczasie padł mój respirator. Bardzo głośno słychać było, że skądś wydobywa się powietrze i tłoczył niewystarczającą jego ilość, gdzieś uciekało.
To był wieczór, nie można było nic zrobić, trzeba było poczekać do rana na częściowym oddechu respi i moim własnym. Noc nie przespana, dla mnie i dla mamy.

Rano moja przychodnia dała mi zastępczego, przedwojennego strupa, ale dr Biegańska i tak nie mogła przyjechać, żeby mnie na niego przełączyć, bo miała dyżur.
Kazała nam przyjechać na SOR.
Z leczonym jeszcze zapaleniem płuc, owinięta w koc, ledwo oddychając ze strachu pojechałam więc.

Spędziłam tam ponad godzinę, bo takiego grata jest bardzo trudno ustawić tak, żeby mi się dobrze na nim oddychało.
Nie da się ustawić tak, żeby się idealnie oddychało i mówiło, ale miałam do wyboru albo spróbować się przyzwyczaić, albo zostać na oddziale.

Wróciliśmy do domu z 13-kilogramowym klocem i moim lękiem.

Karat, na którym byłam do tej pory poszedł do serwisu i nie wiem kiedy wróci, może za miesiąc, może za dwa.

Kupiliśmy respirator za 22 tysiące złotych. Nie było wyjścia, pieniądze musiały się znaleźć. Na zastępczym gracie nie mówiłam dobrze, nie oddychałam idealnie i nie mogłam wyjść nawet z pokoju. A muszę odżyć, zregenerować się, wrócić do normalności.

Pomagają nam ludzie, znajomi, przyjaciele.
Dziewczyny z Radia Plus - w tym miejscu chcę Wam podziękować za akcję z moim "oddechem".

Przedwczoraj dr Biegańska przełączyła mnie na mój nowy respirator i wymieniła rurkę.
Niby problemy się skończyły, niby dobrze się odsysa, nie ma krwi.
Wczoraj miałam pierwszy dzień normalności.
Niczego się nie bałam, jadłam, śpiewałam, rozmawiałam, cieszyłam się. Myślałam, że już z tego wyszłam.

W nocy dostałam napadu lęku. Przed tym, że może znów źle się poczuję, spadną elektrolity, będę musiała jechać do szpitala.
Serce waliło mi jak oszalałe, czułam, że cała klatka piersiowa się lekko rusza. 
Próbowałam się uspokoić, wreszcie udało mi się usnąć.

Dziś cały dzień się boję, podczas pisania tej notki serce szybko bije. Cewnik tępo wszedł i już nie mogę żyć.

Mam traumę, nie wiem, czy i kiedy to się skończy.

Pisze dużo z Was, ale nie jestem w stanie każdemu z osobna odpisać, przepraszam.
Dlatego opisałam wszystko na blogu.

Wczoraj już myślałam, że moje problemy się skończyły i teraz trzeba tyle modlitw za mnie przekierować na Igora, ale dzisiaj już sama przez ogromny strach nie potrafię myśleć o niczym innym.

Byłam silna i twarda, starałam się, ale już nie potrafię nie płakać.
Czytaj dalej »
Designed By Blokotek