sobota, 28 września 2013

Rzym, cz. IV - Idę na plażę!

Pociągi włoskie są super, można łatwo wózkiem wjechać do przedsionka, bez ani jednego schodka, a miałam okazję takim jechać zmierzając w piątek na czarną plażę Ladispoli, w regionie Lacjum.
Im większy środek lokomocji, tym mniej mnie trzęsie, dlatego najbardziej lubię się przemieszczać za pomocą, odpowiednio: samolot, statek, pociąg, metro, autobus, samochód.

Dlatego, mimo, że droga do Morza Tyreńskiego kręta i długa, to upłynęła przyjemnie, tym bardziej, że był miły, przystojny i uczynny konduktor pomagający nam wysiąść i informujący co i jak może zrobić, by nam pomóc, był młody, fajny chłopak latający za nami po kilku peronach, żeby mnie wnosić po dużej ilości schodów, i był zarąbisty pan sprzedający bilety w okienku, który podczas mojej włoskiej przemowy, że cztery bilety normalne w obie strony i jeden ulgowy dla mnie cały czas miał wyszczerz na italiańskiej buzi, pytał skąd jesteśmy i ile mam lat, a na pytanie czy z tak przemiłym panem mogę zrobić sobie zdjęcie z nieudawanym zaskoczeniem zapytał "ze mną...?!". Si, sinior!
Cyk.


Dochodziliśmy do plaży w nieludzkim upale, a z każdym przybliżeniem się do szumiących fal rosła we mnie euforia i oczekiwanie.
Wciągnęliśmy mnie tyłem po czarnym, błyszczącym piachu, zdjęłam plażową sukieneczkę i do wody!

Jeszcze przed wylotem do Rzymu, mówiłam głośno i wyraźnie, że nie będę tylko sobie leżeć na plaży, nie na darmo jestem wodnikiem.
Sposób też był opracowany i nieskomplikowany.

Odpiełam się od rury, Karat został razem z wózkiem na plaży, a ja trzymana przed mamą przez nią siedziałam na brzegu w płytkiej wodzie oddychając samodzielnie bez trudu. Co chwilę mniejsze, większe i naprawdę duże fale uderzały o mnie majtając swobodnie moimi nogami i... zalewając rurkę :)
Mama co prawda próbowała zasłaniać mi ją ręką na tyle bym mogła jeszcze łapać powietrze, ale często przypływ był tak silny, że woda wlewała mi się trochę do płuc... A ja miałam z całej zabawy nieziemską frajdę, byłam w swoim żywiole :).


Wróciliśmy na plażę, żeby odessać tę wodę z płuc, poopalać się trochę i wskoczyć znów w fale. W międzyczasie jakiś plażowicz widząc, że już wróciłam na piach przyniósł swój parasol i postawił nade mną, pięknie podziękowaliśmy, ale po paru minutach poprosiłam swojego "mężczyznę od noszenia", żeby poszedł oddać parasol, bo ja tu przyszłam się opalać, a nie w cieniu leżeć ;).

Popluskałam się jeszcze w ciepluteńkim morzu, tyłek przyzwyczajony do kanap bolał mnie od ubitego piachu, ale całe niedogodności rekompensowały mi intensywne słońce, lazurowe niebo i słony smak w ustach ;).

Po ostatecznym powrocie na kocyk wysuszyłam się, zmieniłam mokry gazik przy rurce oblepiony piachem na chusteczki higieniczne, bo tylko to mieliśmy przy sobie, wytrzepałam się z czarnych kropek, które miałam nawet w majtkach i wokół rurki, i na rurce i ruszyliśmy w kierunku dworca PKP.

Mama się śmieje, że nasza pani anestezjolog zaleca gaziki jałowe, Neomecyne, zatykanie balonika do jedzenia... a my piach z rurki chusteczkami wycieraliśmy, płuca słoną wodą zalewaliśmy... :)


                                         z mamą

Po drodze na dworzec wstąpiliśmy oczywiście na lody i w znakomitej lodziarni zaskoczył nas bardzo Włoch mówiący do nas łamaną polszczyzną, ja - po 4 dniach słuchania obcej mowy i mówienia "grazie", "prego", "per favore" - z radością wykrzyknęłam "dziękuję!", a w odpowiedzi usłyszałam: "proszę, dobra kobieto" :)

Zmęczeni i napełnieni pozytywną energią, po długiej podróży fajną komunikacją publiczną padliśmy na łóżka.
Czytaj dalej »

środa, 25 września 2013

Rzym, cz. III - People are my life


W czwartek wstaliśmy o 5 rano, by cokolwiek zjeść, by o 6 wyjść z domu, by na 7.00 być na Mszy dla Polaków odprawianej przy grobie JPII.

Muszę w tym miejscu powiedzieć, że bardzo często coś się dzieje ze mną złego wtedy, gdy mam iść do kościoła. Nie na spacer, nie do znajomych, nie do sklepu.
I tak, przed czwartkową Mszą, z samego rana niewidzialny kawałek czegoś przeszkadzał mi w gardle, drapał podrażniając błony śluzowe, wywołując odruchy kaszlowe i tym samym wytwarzając duże ilości wydzieliny.
Co chwilę się odsysałam, kasłałam, łzawiłam, aż w końcu w autobusie trochę się uspokoiłam, oparłam głowę o zagłówek i siedziałam nieruchomo jakbym połknęła kija od szczotki, pilnowałam się, żebym nawet śliny nie połykała, żeby gardło się nie ruszało, żeby trochę odpocząć i modliłam się, by cyrków nie było na Mszy. Wysiedliśmy z autobusu - gardło czyste. Święty spokój.

Po zakończeniu nasz przyjaciel odpiął węzeł - czy jak to się tam nazywa - odgradzający i zabezpieczający grób Rodaka i zachęcił, byśmy śmiało wnieśli mnie po trzech schodkach do samego ołtarza i żebym dotknęła tego, którego dotykałam za życia...


Inni widząc to wcale się nie pchali, by iść za moim przykładem, tylko prosili podając różne przedmioty, byśmy dotknęli nimi grobu. Chyba czuli, że to jest wyjątkowa sytuacja i, bądź co bądź, wyjątkowa osoba, niestety.

Wyszliśmy na centrum bazyliki i czekałam z lekkim podekscytowaniem na spotkanie z kimś, kto w 2000 roku dał mi szansę przyjąć Komunię Świętą z rąk Jana Pawła II.
To są naprawdę nieliczne chwile, które tak mnie cieszą. Spotkania z ludźmi.

Ciocia poszła w jedno miejsce i przyprowadziła do mnie ks. (resztę tytułów można doczytać w Wikipedii) Konrada Krajewskiego.
Najpierw pogratulowałam mu "awansu", nominacji na arcybiskupa i jałmużnika papieskiego, następnie podziękowałam najszczerzej jak potrafię za jubileuszowy rok.

Cały czas był na moim poziomie i dobrze, bo wtedy nie czuję skrępowania i łatwiej mi się mówi, gdy widzę czyjeś oczy, a nie... wiecie.
Jego skromność i pokora pozostały niezmienne od 13 lat i to on prosił mnie o to, o co tu w Polsce gromadziłam prośby przed wyjazdem.
Uwielbiam takich ludzi... pełnych miłości i szacunku do drugiego człowieka. Godnych, mądrych i po prostu dobrych.
 


Wyszliśmy kierując się do pobliskiej kawiarni na włoskie śniadanie.
Było koło 8.30, siedzieliśmy na powietrzu, a słońce już zaczynało opalać nam twarze.
Jadłam rogalika popijając kawą, gdy nagle pojawił się jakiś znajomy.
Powitania, pogaduszki. Jem dalej.
- O, a kogóż to ja widzę! - Następny dostojnik.
Powitania, pogaduszki. Jem dalej.
- Dzień dobry! A co wy tu robicie?! - Następny bardzo dostojny dostojnik.
Powitania, pogaduszki. Jem dalej.
Już mi się ręka zmęczyła od wyciągania (nawet pomimo tego, że była wyciagana), buzia bolała od uśmiechania, a tu ni stąd, ni zowąd zjawia się nasz ówczesny radomski arcybiskup Zygmunt Zimowski i chętnie staje przy mnie do zdjęcia.


Ja to jeszcze sobie siedziałam i tylko zamieniałam parę elokwentnych słów z każdym gościem (jak to człowiek całe życie się rozwija i uczy dyplomacji!), ale gdy widziałam jak moi towarzysze co chwilę wstają i siadają i próbują skończyć w spokoju zakłócany ciągle posiłek, to śmiałam się jak głupi do sera. Komicznie to wyglądało, a najfajniejsze było to, że kawiarenka była bardzo, bardzo niepozorna, zwykła, mała, niewyględna... nikt by się nie spodziewał, że akurat tutaj przyjdą takie "szychy".
Nie wierzę w przypadki :).
Ale skoro tak, to ja się nie ruszam, ja czekam na Franciszka!

Cóż, pewnie nie miał ochoty tym razem na rogalika, więc spadamy.
Jedliśmy lody na Piazza Navona oglądając masywną Fontannę Siedmiu Mórz
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/5/5d/Vierstroemebrunnen_Piazza_Navona_Rom.jpgi podziwiając porozstawiane po całym placu sztalugi z obrazami tutejszych artystów, gdy nagle dotarło do mnie, że cały czas słyszę dochodzącą skądś muzykę. Rozejrzałam się i w oddali dostrzegłam... nie, nie ulicznych grajków, tylko muzyków z gitarą, skrzypcami, akordeonem, fletem i pomyślałam, że chcę fotę, ale nie dla samej foty, tylko by sprawdzić reakcję pięciu dorosłych, przystojnych panów.
Kiedy się zbliżyliśmy już patrzyli na mnie i uśmiechając się grali dla naszej grupy. Zapytaliśmy, czy możemy pstryknąć, ustawiliśmy mnie przy ławeczce i pan z gitarą skierował się sympatycznie do mnie. Przez cały czas byli niesamowicie weseli i serdeczni, cieszyli się, że chcę z nimi zdjęcie i pożegnali nas głośniejszą muzyką :)
To było dla mnie ekscytujące wydarzenie - jedno z niewielu.

Poprzymierzałam jeszcze kapelusze na pobliskim straganie i poszliśmy obejrzeć dziurę w Panteonie, do której równolegle ogrodzone było koło, a na nim krople czegoś, więc nie wiem, czy nie trzebaby było poprawić architekturę budowli ;).

Następnie pospacerowaliśmy wzdłuż Tybru, podziwiając zielone odcienie wody ;)
zmierzając ku Zamkowi Anioła
Po drodze, przy murze stało mnóstwo straganów z przeróżnym asortymentem i kupiłam sobie, a raczej wybrałam i otrzymałam od moich przyjaciół czarno-biały plakat pt. "Rzymskie wakacje". Oczywiście najpierw potargowałam się z panem sprzedawcą, a on się śmiał, że jestem taka twarda - spuścił 1€ ;).
Będzie pasował do czarno-białego plakatu z Ajfelem.

Byłam już tak zmęczona, że ledwo trzymałam głowę, często musiałam ją spuszczać w dół, żeby sobie swobodnie dyndała, więc poszliśmy do cioci odpocząć.

Nawdychałam się jeszcze cudownych zapachów w rajskim ogrodzie,
w drodze powrotnej wstąpiliśmy do marketu po wino (tanie i same wytrawne lub pół!), trochę słodyczy i zasiedliśmy do rozmów nocą, jak na Italię przystało.
Czytaj dalej »

czwartek, 19 września 2013

Rzym, cz. II - Francesco con me

Szłam przez Ciampino, by odebrać bagaże i w dalszym ciągu nie docierało do mnie, że jestem tu, gdzie jestem.
Wyszliśmy z lotniska wprost na pana kierowcę, który trzmał w ręku kartkę z moim imieniem "Giovanna" i poprowadził nas do swojego samochodu - elegancki taxi-bus, po drodze upewniając się, czy naszym celem jest Moncenisio.
Po jakiejś godzinie wysiadłam przed tak dobrze mi znany, biały dom, ze znaną bramą i znajomymi uliczkami... Znów tu byłam... Nie do wiary.

Zjedliśmy obiado-kolację z domownikami i po krótkim ogarnięciu się w pokojach poszliśmy zorientować się w przystankach autobusowych, numerach i ulicach, ponieważ jutro były już skonkretyzowane plany podbijania Watykanu...
Nie obyło się bez wieczornych lodów przy pobliskiej ulicy i pierwszego kontaktu z językiem włoskim - na pytanie przystojnego sprzedającego: "buono?", odpowiedziałam: "squisito!".

Zadowoleni wróciliśmy nocną porą do domu, by wstać o 6.00 następnego dnia.

Pierwsza przejażdżka autobusem zaskoczyła nas bardzo, ponieważ na powitanie kierowca wysunął elektrycznie platformę, która po wysunięciu podniosła się do poziomu autobusowej podłogi - cały proces odbył się niezwykle szybko tak, że czułam się, jakbym widziała ruchome schody w Hogwarcie :)

Pół godziny jazdy na Termini autobusem nr 60, potem 15 minut 40-tką i już byłam na via Conciliazione prowadzącej wprost do bazyliki San Pietro.

Kiedy tłumy ciągnęły w stronę środka placu, aby usadowić się wygodnie przed środową audiencją, nasza piątka mknęła boczną uliczką na spotkanie z osobą, która "pomogła" nam dostać bilety upoważniające do bliskiego spotkania z Francesco... Jak bliskiego? Non so.

Z nim (pozwólcie, że nazwiska publicznej osoby nie będę ujawniać) ruszyliśmy w stronę placu przemierzając go bez kolejek i stanęliśmy w rzędzie około 300 wózków (!), bezpośrednio przed głównym podium papieskim. Ktoś tam z obsługi zdążył nam tylko szepnąć, że "idziecie podać rękę Ojcu Świętemu".
Po tymże wyznaniu dość trudno było wysiedzieć 2 godziny do rozpoczęcia audiencji o 10.30, tym bardziej, że upał był niemiłosierny, a emocje rosły wraz z temperaturą.

Woda do picia była przy mnie, baterie podłączone do respi, twarz skierowana na kamerę... albo odwrotnie, obserwowanie takiej ilości chorych skupionych w jednym miejscu - chorych głównie umysłowo -  i czekanie na ten moment.

Wreszcie Francesco pozdrowił Polaków i zaczęliśmy wraz z innymi wózkami kierować się tam, gdzie nas kierowano, czyli w uliczkę, alejkę, przy murze bazyliki. Zacienionej, na szczęście.

Stałyśmy obie z mamą w rządku, wzdłuż muru i czekałyśmy na przyjazd papamobile. W międzyczasie chodził kawaler maltański - starszy, przystojny, elegancki pan - i rozdawał obrazki z papieżem. Przystanął przy mnie, powiedział "bella", zapytał "come ti chiama?", na moją odpowiedź "Giovanna" (na czas Rzymu byłam nią, tylko tak się przedstawiałam) ze zdumieniem znów powiedział, że pięknie.

Minęła może godzina (Ojciec Święty, jak ogólnie wiadomo, wybiera ludzi, nie obiad) zjechał wreszcie z placu i wjechał w naszą alejkę...
Czekamy... Zejdzie z papamobile, czy nie...? (Wiedziałam, że tak, inaczej nie byłby sobą).

Samochód się zatrzymuje, Papa wysiada, wzbija się ryk szczęśliwych głosów, papież przemieszcza się od jednego chorego do drugiego, zbliża się do mnie, widzę go blisko, jest przy dziecku obok mnie, dotyka głowy dziecka i mojej jednocześnie, myślę, że to już koniec, przejdzie dalej, kieruje wzrok na mnie, pochyla się, wołam "Papa", pyta patrząc mi w oczy:
- "come stai?"
- "sto benissimo!"
przytrzymuje dłonią głowę, całuje w policzek, przechodzi dalej...

Mama płacze, ja... się patrzę. Gdzieś.
Ochrona bardzo delikatnie prosi, żebyśmy opuściły alejkę jak reszta. Wychodzimy.

Myślimy o tym, że znalazłyśmy się w jakiejś 20-tce z ponad 300 chorych, którzy mieli niesamowite szczęście spotkać się z tym Ojcem Świętym.
Opuszczamy Watykan, umawiamy się na dalsze atrakcje wieczorem, idziemy do cioci, pod dużą górę, odpocząć.

Tam czeka na nas komitet powitalny, na odpoczynek są marne szanse.
Witamy się z jednymi, drugimi, trzecimi, jestem przedstawiana czwartym, jeszcze tylko wspólna fota i można zjeść melona. Maszynki do mielenia normalnego obiadu chwilowo brak.

Po odpoczynku idziemy z naszym "pomocnikiem od biletów" do podziemi bazyliki św. Piotra, tam, gdzie nie często turyści zaglądają.
Widzę grób najstarszego, pierwszego z papieży i jednocześnie zaszklone miejsce, gdzie "jest zamknięty jego Duch".
Ze wyruszeniem patrzę na zakole, w którym stałam 7 lat temu patrząc na wprost, na oddalony ode mnie o metr grób Jana Pawła II, kiedy to jeszcze znajdował się w podziemiach.

Stamtąd udaliśmy się do tak dobrze mi znanej - na pozór - bazyliki poprzez przejścia boczne natykając się na zdziwione - naszym nagłym pojawieniem się z przodu - twarze i słuchaliśmy, tak jak przed chwilą w podziemiach, szczegółów, anegdot i ciekawostek, o których pojęcie mają nieliczni na świecie.

Korpus dyplomatyczny (my, znaczy) udał się wreszcie na przystanek, by na 23 przybyć do domu i choć trochę odpocząć przed następnym, pełnym wrażeń dniem.
Czytaj dalej »

poniedziałek, 16 września 2013

Rzym, cz. I - Lot

Kurcze, ja nie jestem dobra w relacjonowaniu wielkich wydarzeń, moja mama zrobiłaby to dużo lepiej i dokładniej, ale postaram się przynajmniej opowiedzieć o wydarzeniach ważnych dla mnie i niektórych ważnych w ogólnoludzkim pojęciu - bo to często się ze sobą nie pokrywa :).

Od początku, czyli jak doszło do wyjazdu i jak przebiegała jego organizacja.

Kiedy po potracheotomijnej depresji przestałam myśleć, że nie ruszę się z domu nawet przed klatkę, to zrodził mi się pomysł, a wręcz nieodparta pokusa, by  znów poczuć klimat gorących, pałających optymizmem Włoch.
Pytanie i zarazem odpowiedź na mój pomysł brzmiały: r e s p i r a t o r.
Leciałam samolotem już z zaczynającą się niewydolnością oddechową w wieku 16 lat, ale sprzęt tak zaawansowany medycznie jednak stanowi pewne obawy...
Pomyślałam sobie wtedy, w 2012, że przecież ludzie z rurką latają, nie wiem, czy rekreacyjnie, bo nie słyszałam o takich przypadkach, ale czasem po prostu muszą i respirator ląduje na pokładzie samolotu i nie ma z tym większych problemów.
Skoro tak, to już wtedy, rok temu poprosiłam mamę, żeby zadzwoniła na lotniczą infolinię i zapytała, czy jest taka możliwość - robiła to mama, bo ja chociaż mówiłam już bardzo dobrze, to nie miałam jeszcze pewności swojego głosu.
Okazało się - po pytaniu jednych przez drugich - że nie będzie problemu i Karat może być przy mnie przez cały czas lotu.

Czułam ogromną radość, ponieważ to był już jakiś krok w kierunku słońca. Już wiedziałam, że mam wolną rękę od strony technicznej i teraz wszystko zależy ode mnie.
Tzn, od nas, bo mimo, że widziałam również mamy podekscytowanie, to byłam prawie pewna, że będzie się zbyt bała zrobić, bądź co bądź, tak duży manewr.
Rozmawiałyśmy o tym kilka razy, we mnie było samo pragnienie przygody, w mamie duża dawka strachu pomimo chęci.

Temat był zakończony na cały rok, ja się poddałam, nie mówiłam, nie chciałam robić nic na siłę.

Aż w marcu znów odżyły w nas wspomnienia poprzednich wakacji.
Zdecydowałyśmy, że jeśli uda nam się zmontować ekipę do towarzystwa i pomocy tak, by mamie nie było ciężko ze wszystkim samej, to spróbujemy, polecimy.
Zaproponowane osoby zgodziły się z radością niemal natychmiast i po wcześniejszym dodatkowym upewnieniu się o obecności Karata na pokładzie w kwietniu zabookowaliśmy 5 biletów.

Termin wylotu: 3 września, czyli 5 miesięcy dzieliło nas od niezapomnianych przeżyć.

Przez cały ten czas na zmianę, i ja, i mama dzwoniłyśmy do Ryanaira i upewniałyśmy się:
* Czy ssak i 12-godzinne baterie do respiratora będą mogły lecieć ze mną na pokładzie, ponieważ muszą być przy mnie absolutnie koniecznie.
* Czy liczą się jako dodatkowy płatny bagaż podręczny i trzeba za nie dopłacić ok. 300zł za sztukę, czy też nie.
* Czy musimy mieć specjalne papiery od lekarza.
* Czy wózek oprócz dodatkowych sprzętów też leci za free.
* Czy oprócz dodatkowych sprzętów możemy wziąć tradycyjny, osobisty bagaż podręczny.
* Czy wszyscy o wszystkim będą wiedzieć i na miejscu nie będziemy mieć niemiłych niespodzianek.

Nie policzę wykonanych telefonów i wałkowanych tych samych tematów.
Gdy zadzwoniłam w marcu, by jeszcze raz upewnić się o przelocie respiratora pan musiał pytać kogoś wyższego rangą, czy rzeczywiście mogę lecieć. Za kolejnym telefonem także upewniała się pani z infolinii. Widać, przecierałam szlaki...?, w każdym razie takich klientów o specyficznych wymaganiach mają niewiele...

Następne telefony dotyczyły szczegółowej specyfiki mojego sprzętu. Musiałam podać wymiary respiratora, ssaka i baterii; wagę respiratora, ssaka i baterii; model respiratora, ssaka i baterii; firmę opiekującą się respiratorem, ssakiem i bateriami.
A, że na infolinii siedzi Bartek, Tomek, Marek, Agnieszka, Karol, Ania... to nie zawsze każdy z nich był dokładnie poinformowany mimo, że historia moich rozmów była bardzo obszerna, o czym mnie jeden z kolegów ze zdumieniem w głosie zawiadomił :).
Z tego względu musiałam kilka razy mówić to samo, drukować specjalny ich papier z podpisem lekarza na pozwolenie lotu, chociaż moja anestezjolog wypisała mi już wcześniej zaświadczenie na zwykłej kartce, tak jak uprzednio, czekać do ostatniej chwili i upominać się o przesłanie formularza dotyczącego respiratora, by na końcu dowiedzieć się od pani z Dublina, że w Warszawie nie powinni mi mówić, że mogę zabrać sobie tak po prostu trzech dodatkowych sprzętów i ona musi się upewnić jak to zrobić.
Okazało się, że polecę z nimi, ale każdy sprzęt musi być dołączony do pojedynczych osób lecących ze mną, a nie wszystko przypisane do mnie.

Miałam dość ganiania za tym, myślenia, znałam na pamięć nr mojej rezerwacji po ciągłym wymienianiu, byłam zdenerwowana nieustannie, ale wreszcie sfiniszowaliśmy.

Staliśmy przy odprawie, okleili wózek, looknęli na ssak i baterię, puścili dalej.
Miła pani prowadziła nas przez pola do osobistej kontroli, żebyśmy nie musieli stać w kolejce.

Przeszłam przez bramkę, pan w rękawiczkach zawołał panią w rękawiczkach (pan się wstydził...? ;), by mnie przeszukała. Pani dotknęła mi nóg tak delikatnie, że powiedziałam z uśmiechem "śmiało", poprosiła, żebym podniosła rękę, więc podniosła mi ją mama, drugiej ręki już nie musiałam podnosić, mama jeszcze odchyliła mi plecy i po sprawdzaniu. Mnie. Bo pan w rękawiczkach dotknął se jeszcze wózek i poszłam dalej.
Mogłabym spokojnie przemycić co najmniej kilogram amfy.

Ponieważ przy rezerwacji biletów zaznaczyliśmy, że chcemy skorzystać z asystenta osoby niepełnosprawnewnej, to przy wyjściu z gejta czekał na nas pan i poprowadził windą do airbusa. Tym środkiem lokomocji prócz mnie jechało jeszcze 4 wózkowiczów (do Rzymu), na całym lotnisku widziałam ich dużo, najwięcej jak do tej pory, natomiast z rurką: na lotnisku, terminalu, airbusie, odprawie i na lotnisku byłam jedyna :).
Czułam się wyróżniona.

Po strasznie głośnym przejściu z airbusa wprost do samolotu siedziałam już spokojnie na swoim miejscu i spoglądałam w okienko.



Obsługę z Polski mieliśmy włoską, pan od czegoś tam powiedział tylko, żebyśmy przy starcie i lądowaniu trzymali respi, który stał na podłodze, by się nie przemieszczał, a w czasie lotu pełen luz. Pomachał do mnie ze słynnym "ciao" na ustach i... pofrunęłam.

Za dwie krótkie godziny przesiadłam się na zastępczy wózek do włoskiego airbusa i płynęłam w falach otaczającego mnie SŁOŃCA...

Czytaj dalej »

poniedziałek, 2 września 2013

I believe I can fly

Odkąd mam fajny, nowy-stary wózek podarowany od znajomych, w którym niespodziewanie nie drętwieje mi noga, odkąd zdizajnowałam, podrasowałam i odpicowałam swoją brykę, odkąd zobaczyłam, że wytrzymuję siedząc i się  przemieszczając po dworze nawet 8 godzin, to robię to. Wychodzę, jeżdżę, zwiedzam, odwiedzam, próbuję i sprawdzam.

Za dużo, by pisać o każdej eskapadzie, ale chcę opowiedzieć o tym, co najbardziej mnie cieszy lub śmieszy. Czasem denerwuje, nigdy smuci - ponieważ smucę się tylko ze swojego powodu, z powodu ludzi mi bliskich, z powodu choroby, niemocy... Nigdy przez kogoś kto jest dla mnie nikim.

Jednego piątku 2 tygodnie temu wybrałam się z p. Małgosią do Madzi, koleżanki, która założyła swój salonik masażu, terapii - do którego zresztą zapraszam Radomian i okolicznych, na Ustroniu, pod tym adresem.
Trzeba było ode mnie przejechać pół miasta autobusem, żeby się tam dostać, ale było warto zobaczyć się "po dość długiej podróży" i dowiedzieć się, że moje stawy są w nienajlepszej formie :)
Madzia naświetliła mi lampą wszystkie możliwe miejsca na kręgosłupie, głowie, rękach, wszędzie czułam ciepło, co nie jest dobrym znakiem, a w niektórych miejscach miałam czerwone ciało oznaczające zwyrodnienia, czy coś takiego.
Magrancza (tak, tak, z włoskiego!) zaprasza do profesjonalnej regeneracji :)

Następnie pojechałam zrobić opłaty, zjeść zupę-krem, odwiedzić babcię, dziadka i jedną czytelniczkę bloga, pobiegać po fontannach! (p. Małgosia długo nie mogła uwierzyć, że dała mi się na to namówić :P)

 i odebrać nowe okulary.
Mhm, znowu byłam zmuszona oglądać panią, ale było całkiem wesoło dzięki p. Małgosi, ponieważ nie uprzedzając mnie wcześniej, że ma taki plan, u okulisty zwróciła się do mnie "pani Asiu". Znając niedawną historię chciała tamtej dać do zrozumienia i pokazać, że jestem dorosła, to było fajne, ucieszyło mnie, że wczuwa się w moje... hmm... potrzeby? Ale nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać :D Odpowiedziałam z trudem, potem p. Małgosia jeszcze raz z pełną powagą tym samym sposobem odezwała się do mnie i wiecie, jaki był efekt tych starań?
- Chcesz takie etui? Proszę, możesz sobie wybrać.

Pfff... Niedługo będzie lek na nieuleczalne SMA, ale nie słyszałam jeszcze o próbach klinicznych nad lekiem na głupotę.
A szkoda...

Kiedyś tam pojechałam na targ - Radomiak! Byłam na nim ostatnio na pewno dużo przed tracheotomią, a że ciuchów zapragnęłam, to kupiłam dwie pary spodni spędzając na targu całe 10 minut :D. Jestem konkretna, jak facet. I dobrze.
Potem do kolegi na pieszo ładny kawałek, z nim do Galerii na lody i gorącą czekoladę (muląco słodka!, ACZkolwiek dobra :), do toalety podładować trochę respi... Swoją drogą, chciałabym być na jeden dzień normalnie niepełnosprawna, żeby móc ocenić, czy takie dostosowania w kiblach są pomocne tradycyjnemu wózkowiczowi, bo chociażby - lustro.
Chciałam się przejrzeć i p. Małgosia mówi, "Asia, chodź, tu jest lustro, zaraz cię ustawię i zobaczysz". Hmm... spoglądając na nie, mówię, że raczej jednakowoż powątpiewam. P. Małgosia wyciągnęła moje biedne plecy pod pachy tak, że z wyprostowanym kręgosłupem na pewno byłam równa zwykłemu niepełnosprawnemu i widziałam guzik. Nic, znaczy. Nie głupota?

Potem znów na Galerię - nie powstrzymałam się przed kupnem ślicznej, złotej, przepaski do włosów i bransoletki z Wieżą Eiffla (ten motyw mam jeszcze na dwóch bluzkach, kolczykach, plakacie na drzwiach, tapecie mobilnej i będzie na kołach... może kiedyś spełnię wyjazd marzeń...?) i znów pieszo do domu.

A w ostatni piątek odwiedziłam mamę w pracy i moją trzymiesięczną pracę, która - jak się okazało po jeździe autobusem - znajduje się na końcu świata :P.
Niestety nie było dziewczyn, trochę mi się nudziło, ale za to porozmawiałam z panem Robertem (pozdr ;) i byłym mym szefem :).
Ksiądz dyrektor (ależ to toruńsko brzmi! ;) ku mojemu skrępowaniu oznajmił, że czyta bloga i oboje stwierdziliśmy, że nie wiemy  czy to dobrze, czy źle ;). Ale cóż, public is public.
I migliori auguri :)


Na końcu, na moim osiedlu, dokładnie przed przystankiem spotkałam znajomego, którego nie widziałam od tracheotomii w ogóle.
Myślałam, że powiemy sobie "dzień dobry" i cześć pracy, ale pan Jurek zatrzymał się, nachylił, ujął moją dłoń, pocałował ją, zapytał, jak się czuję, pocałował ją, powiedział "nie poddawaj się, aniołku", pocałował ją... i bez pożegnania odszedł.
Ta subtelna, delikatna, cicha, wymowna scena odgrywała się na oczach siedzących na przystanku 1,5 metra od nas ludzi, a ja, nie wiedząc czemu, miałam zaciech do samego domu :)
Domyślam się, że dlatego, że ten dorosły, poważny mężczyzna miał w nosie wszystko naokoło :)


A za chwilę, o 12. 40, po wielu perypetiach, wydzwanianiu, ustalaniu, denerwowaniu i stresowaniu będę siedziała w samolocie...
Tym razem zabieram ze sobą Karata, niech chłopak zobaczy Rzym :)
Jak to mówią, "do trzech razy sztuka", więc myślę, że to będzie moja ostatnia zagraniczna wycieczka i dlatego chcę ten czas wykorzystać do cna...

Kompletnie się nie boję, lubię latać, ale jakbyście pomyśleli o mnie, gdy będę w przestworzach, to byłoby miło :)


Arrivederci!






Czytaj dalej »
Designed By Blokotek